14 sierpnia 2022
30 sierpnia 2021

„Najlepszym sposobem na uhonorowanie życia Violety jest wykrzyczenie światu, że każde życie się liczy” – świadectwo mamy, której córka żyła 17 dni

(fot. pixabay.com, zdjęcie ilustracyjne)

Jest to historia Violety, dziecka, które urodziło się z chorobą określaną jako „niekompatybilną” z życiem. Rodzice dziewczynki pozostawili wzruszające świadectwo zaufania woli Bożej, nie zaakceptowali propozycji „rozwiązania”, jakie im zaproponowano. 

Oddajemy głos Natalii Camero, która ma nadzieję, że jej historia oraz to, co przeżyła ze swoim mężem, komuś pomoże. 

Ta refleksja pochodzi z doświadczenia, które właśnie przeżyliśmy z moim mężem i rodziną.

Jeszcze kilka miesięcy temu nie zastanawiałam się nad człowieczeństwem Szymona z Cyreny…

Cyrenejczyk właśnie skończył swoją pracę, co oznaczało, że był już zmęczony i niespodziewanie zostaje zmuszony przez Rzymian do pomocy w niesieniu krzyża jednego ze skazanych… Tym skazańcem jest Jezus.

On został zmuszony! Cyrenejczyk stanął jednak przed szansą i największym darem swojego życia. A ten dar i możliwość przyszły do niego „w przebraniu” ciężaru i obowiązku.

Kilka miesięcy temu dowiedzieliśmy się o „darze z nieba” dla nas, o wspaniałej możliwości, która zmieni nasze życie i na zawsze wpłynie na kierunek w jakim pójdzie nasza rodzina. I podobnie jak do Cyrenejczyka, tak i do nas, ta wiadomość przyszła „w przebraniu” ciężaru i obowiązku.

Kolana nam zadrżały, serce zatrzepotało i strach próbował nas ogarnąć w obliczu tej prośby Pana, ale my już byliśmy u bram. Było ciężko, a to, co czekało nas na końcu naszych starań, wcale nie napawało nadzieją.

Bóg postawił nas twarzą w twarz, abyśmy ofiarowali Mu naszą dłoń, nasze serce, wszystkie nasze siły i naszą determinację, abyśmy razem przeszli „słodko-gorzką” Drogę Krzyżową u boku „więźnia skazanego na śmierć”. Wiedzieliśmy, co nas czeka na Golgocie i gdybyśmy nie zdołali utrzymać oczu utkwionych w Niebie, Bóg wie, że upadlibyśmy i uciekli od tej misji.

Dla nas tym „skazanym” było siódme dziecko, którego się spodziewaliśmy – Violeta (szóste wyprzedziło nas w drodze do Nieba bardzo wcześnie, jeszcze w brzuchu mamy). Bóg dał nam Violetę w „doskonałym pakiecie prezentowym”, który przyniósł łzy i strach, ale i był dobrze przygotowany, by pomóc nam, jako rodzinie, dojrzewać w wierze. Uczył naszą piątkę dzieci poniżej 11. roku życia przeżywania w bardzo młodym wieku z i z bliska żałoby, przyjętej z miłością i dla miłości. W ten sposób wpisał w ich serca od najmłodszych lat, że wola Boża jest doskonała, a każde życie jest szanowane i chronione.

Viola, nasz mały kwiatuszek, trafił do nas z potwierdzoną diagnozą choroby genetycznej „NIEKOMPATYBILNEJ” Z ŻYCIEM. Miała trisomię 18, zwaną również zespołem Edwardsa. Organem najbardziej dotkniętym przez niepełnosprawność było serce. Było z nią bardzo źle i spodziewano się, że umrze w jeszcze łonie matki lub na porodówce. A jeśli by przeżyła, to rokowania były najwyżej kilkugodzinne. Jednak Bóg podarował nam ją na 17 dni. Nie sądzę, aby jakakolwiek mama czy tata chcieli otrzymać taką diagnozę i chciałabym myśleć, że strach i udręka, których doświadczyliśmy są zrozumiałe nawet dla ludzi, którzy już kroczą w wierze.

Violeta przetrwała jednak wiele rokowań, które ciążyły na niej od momentu, gdy wiadomo było, że „coś jest nie tak”. Były to małe, a może wielkie cuda, które Bóg dał nam jako słodkie pocałunki miłości na Drodze Krzyżowej, którą przeszliśmy u jej boku.

Być może jednym z najbardziej znaczących było to, że po przyjeździe do Hiszpanii, w 27. tygodniu ciąży, zaczynając „od zera”, trafiliśmy na program CUN [Klinika Uniwersytetu w Nawarze] w Madrycie dla kobiet w ciąży, które usłyszały trudną diagnozę dla swojego dziecka. Szpital zaoferował nam swoją pomoc i nie oczekiwał gratyfikacji. Myślę, że ważne jest, aby o tym programie pomocy informowano w mediach, aby pomóc szpitalowi jako instytucji i aby więcej matek, które usłyszały trudną diagnozę, mimo lęku i obaw, wybrało życie swoich dzieci. 

Jedno po drugim, nasze małe „marzenia” o krótkim pobycie w naszym życiu naszego maleństwa, zostały wzięte pod opiekę przez Boga i jestem pewna, że użyczył On swojego Serca naszej wojowniczce, nie tylko podczas rozwoju w czasie ciąży, ale także w czasie dni, kiedy mogliśmy trzymać ją w ramionach, aż do momentu, kiedy Bóg, zakochany w czystości jej duszy, zapragnął zabrać ją do siebie, aby napełnić ją pocałunkami i zaopiekować się nią, aż spotkamy się ponownie w Wieczności.

Mogłabym opowiadać i opowiadać wiele z tych rzeczy, które Bóg napisał i nadal pisze miękkim i delikatnym pędzlem w naszych sercach, pośród burzy, którą przeżyliśmy. Ale na razie chcę się tylko podzielić tym, że wbrew temu, co wielu może myśleć, stan Violi był darem. Okazja, którą dał nam Bóg, abyśmy doświadczyli ogromnej miłości, jaką ma On dla maluczkich, kruchych i „wzgardzonych”. Serce nadal boli, ale dusza poczuła balsam „niewytłumaczalnej” miłości w tych tygodniach, kiedy towarzyszyliśmy Violetce w łonie matki i poza nim.

Dzisiaj modlę się tylko o to, byś, jeśli znasz kogoś w swoim życiu, kto przechodzi przez coś „podobnego”, byś dodał mu otuchy. Niech wiedzą, że istnieją dary od Boga, które odkrywa się przez łzy, ale wewnątrz noszą złoto i szlachetne perły. Podążanie za Bogiem zawsze będzie najlepszą drogą, ponieważ On umiera, aby pokazać nam swoją miłość. 

Najlepszym sposobem na uhonorowanie życia Violety jest wykrzyczenie światu, że każde życie się liczy i że jest ono zamierzone przez Boga od początku świata.

 

AM/InfoCatólica.com

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2021