23 lipca, 2024
21 sierpnia, 2023

Lewicowa aktywistka deklaruje, że wychowałaby dzieci po chrześcijańsku. “Dla ich dobra”

(Kaja Szulczewska/ Zrzut ekranu z youtube.com/Red Lipstick Monster)

„Z perspektywy czasu doceniam chrześcijańskie wartości, a gdybym miała dzieci, wychowywałabym je po chrześcijańsku dla ich dobra” – deklaruje Kaja Szulczewska, aktywistka lewicowa i feministka. Kobieta przyznaje też, że ma negatywne doświadczenia z ezoteryką i praktykami opartymi na religiach Wschodu i ostrzega przed ich konsekwencjami.

Pochwały tradycyjnego wychowania, opartego na chrześcijańskich wartościach, to raczej rzadkość wśród osób o lewicowych poglądach. Tymczasem właśnie przedstawicielka tego środowiska w wywiadzie udzielonym Łukaszowi Sakowiskiemu, a opublikowanym przez Onet, pokusiła się o tego rodzaju afirmację modelu wychowania chrześcijańskiego. Kaja Szulczewska, polska aktywistka feministyczna, której nienawidzą same feministki (za bycie TERF-ką, czyli odrzucanie ideologii transgender), zadeklarowała, że gdyby miała dzieci, to wpajałaby im chrześcijańskie wartości, i to pomimo że sama jest ateistką.

Z perspektywy czasu doceniam chrześcijańskie wartości, a gdybym miała dzieci, wychowywałabym je po chrześcijańsku dla ich dobra, choć dla mnie samej, jako dorosłej już ateistki, wiara w Boga nie wchodzi w grę, podobnie jak wiara w magiczną moc kamieni czy wpływ planet w dniu urodzin na mój charakter – mówi Szulczewska.

 

To nieprzypadkowe wyznanie, bo kobieta odebrała zupełnie inne wychowanie i uważa, że to, w jakich wartościach wzrastała, odbiło się negatywnie na jej dorosłym życiu. Rodzice Szulczewskiej byli zafascynowani religiami Wschodu i ezoteryką, przez co praktyki takie jak joga czy terapie alternatywne były dla niej codziennością już od dziecka.

Mój tata zawsze interesował się wschodnimi religiami, kupował masę książek o różnych alternatywnych sposobach leczenia, był podatny na cały ten ezoteryczny marketing. Można powiedzieć, że byłam wychowana w domu, gdzie panowała duża otwartość na takie idee. Rodzice nie jedli mięsa, ćwiczyli jogę. W dzieciństwie jeździliśmy do buddystów – opowiada aktywistka.

W okresie dorastania Szulczewska sama zaczęła sięgać po książki dotyczące astrologii, ajurwedy czy chiromancji. Później zaangażowała się także w ruchy prozwierzęce i zaczęła eksperymentować z radykalnymi dietami, jak np. witarianizm (jedzenie tylko surowej żywności). Środowisko, w jakim wówczas się obracała, wciągnęło ją także głębiej w ezoterykę. Takie zainteresowania popierali także jej rodzice.

Nie ukrywam, że mój tata był wówczas zachwycony moją przemianą, bo wcześniej wyznawałam chrześcijaństwo, a dokładniej byłam w kościele ewangelickim, co on uważał za zły pomysł i pogwałcenie wartości, w których mnie wychował – wspomina. – Chciałam trochę zaimponować tacie, więc weszłam w ezoterykę jak nóż w masło.

Następnie Szulczewska podjęła nawet studia w nieistniejącej już dziś krakowskiej szkole zwanej „Studium psychotronicznym”, gdzie uczono m.in. bioenergoterapii, stawiania tarota, rozpisywania horoskopów, chiromancji czy różdżkarstwa. Jak wspomina aktywistka, jej główną motywacją była zwykła chęć pomocy innym ludziom i wiara, że wszystkie te metody mają naukowe podstawy.

Naprawdę w to wierzyłam, nie było w tym wyrachowania, tylko łatwowierność, podlana ojcowskimi oczekiwaniami. Wydawało mi się w tamtym czasie komplementarne i słuszne, żeby zgłębiać te wszystkie tajemne praktyki i wiedzę. Poszłam więc do wybranej przez tatę szkoły ezoterycznej, uczyć się, jak “leczyć energią” i jak czytać los z kart czy linii papilarnych z przekonaniem, że w ten sposób będę mogła pomagać ludziom, a także i samej sobie – przyznaje.

Niestety z czasem tego rodzaju styl życia zaczął mocno odbijać się na zdrowiu kobiety. Głodówki i eksperymentalne diety doprowadziły do poważnych zaburzeń odżywiania.

Zniszczyłam sobie tym wszystkim zdrowie i potem wiele lat zmagałam się z problemami żołądkowo-jelitowymi. Finalnie pomógł mi prawdziwy lekarz, a nie żaden szarlatan. Był to klasyczny gastroenterolog, który przywrócił mi zdrowie odpowiednimi lekami i zaleceniami – mówi.

Dziś Kaja Szulczewska w swojej działalności zajmuje się w dużej mierze właśnie akceptacją ciała. Choć również w tym wypadku można mieć wątpliwości co do naukowości i racjonalności promowanego przez nią nurtu „ciałopozytywności”.

Aktywistka przyznaje jednak, że zaangażowanie w ezoterykę było błędem. Z perspektywy czasu ocenia ten system wierzeń jako bardzo szkodliwy (choć wciąż przy tym krytykuje „tradycyjne religie” mimo że, jak się zdaje, nie miała nigdy okazji, by bliżej je poznać, zwłaszcza od tej prawdziwej, a nie zniekształconej strony).

Niestety wpadłam z deszczu pod rynnę w te alternatywne wierzenia, które dawały pozory racjonalności, a tak naprawdę były dla mnie jeszcze bardziej toksyczne od tradycyjnych religii. Zachłysnąwszy się nowością ezoteryczną, przestałam zadawać te same pytania, które wcześniej zadawałam odnośnie do chrześcijaństwa. Wiele rzeczy brałam na duży kredyt zaufania. Nie wierzyłam już chrześcijańskiemu duchownemu mówiącemu o grzechu, ale jakimś dziwnym trafem zaczęłam wierzyć guru mówiącemu o złej energii – komentuje Szulczewska.

Jej fascynacja ezoteryką definitywnie skończyła się w momencie, gdy dostrzegła czysto biznesowy wymiar tych praktyk. Paradoksalnie przełomem była wizyta na targach ezoterycznych w Katowicach.

Najgorsze było to, że kiedy szło się wzdłuż tych stanowisk, łapali cię za ręce różni bioenergoterapeuci lub wróżki, i paroma słowami starali się zachęcić do skorzystania ze swoich usług – opowiada kobieta. – Wyglądało to tak, że szłam i nagle ktoś chwytał mnie za rękę, patrzył mi na linie papilarne albo od razu prosto w oczy i wyskakiwał z jakąś diagnozą lub krótką wróżbą. Brzmiały emocjonująco. Tak, żebym zdecydowała się zapłacić te kilkadziesiąt złotych, wejść za zasłonkę i usłyszeć resztę.

Aktywistka nie jest zagorzałą przeciwniczką ezoteryki, bo jak twierdzi, chociaż jej nie odpowiadają takie praktyki, to być może sprawdzają się w przypadku innych osób. Wciąż pozostaje więc w kręgu wyznawców „tolerancji” i „nienarzucania nikomu swoich poglądów”. Zrównuje także wiarę w energię albo moc przedmiotów z chrześcijaństwem, co jednoznacznie pokazuje, że wyjście z niszczącego systemu wierzeń nie oznacza wcale zbliżenia się do Prawdy.

Co jednak ciekawe, Kaja Szulczewska przyznaje, że z wpajaniem dzieciom podobnych wartości wiążą się spore niebezpieczeństwa. W rozmowie z Sakowskim przyznaje, że swoje dzieci wychowałaby w duchu chrześcijańskim. Dlaczego? Bo to dla nich po prostu bezpieczniejsze.

Warto zaznaczyć, że Szulczewska jest zdecydowaną przeciwniczką ideologii transgernder, a zwłaszcza wciągania w nią dzieci. To właśnie z tego powodu ściąga na siebie tak duży gniew feministek i środowisk LGBT, które zwalczają ją za jasne mówienie, że płcią rządzi przede wszystkim biologia. Zdaniem aktywistki ideologia gender to ogromne zagrożenie dla najmłodszych. Zarzuca przy tym ruchom LGBT, że promując ją, manipulują także najmłodszymi, często doprowadzając do zniszczenia zdrowia psychicznego i fizycznego. Prócz tego, jej zdaniem, środowiska trans działają także na niekorzyść kobiet.

Szulczewska nie jest zapewne najlepszym autorytetem w sprawie chrześcijaństwa, ale jako głos z zupełnie innej strony światopoglądowej jest ciekawym potwierdzeniem tego, że tradycyjne wartości wciąż są najlepszym, co rodzice mogą przekazać swoim dzieciom. Ugruntowanie ich w zdrowej hierarchii i przekazanie tradycyjnych norm i czy wzorców zachowań jest najlepszym gwarantem tego, że wyrosną na mądrych i szczęśliwych dorosłych.

 

AAG/onet.pl

Wychowanie dziecka bez określania płci? Niektórzy celebryci zachwalają genderowy absurd

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

Polityka prywatności i plików cookies

© Centrum Życia i Rodziny 2023