1 grudnia 2022
6 listopada 2022

Zdrada, rozwód i 13 lat rozłąki. Czy możliwe jest uratowanie takiego sakramentalnego małżeństwa? Państwo Szymańscy pokazują, że tak!

(fot. unsplash.com/thomas-curryer, zdjęcie ilustracyjne, małżeństwo)

Historia państwa Anny i Andrzeja Szymańskich to dowód na to, że prawdziwa miłość, wsparta łaskami płynącymi z sakramentu małżeństwa, naprawdę „wszystko przetrzyma”. Ale to także przestroga i przypomnienie, że zaniedbanie łączącej małżonków relacji może sprawić, że ich drogi rozdzielą się, zadając tym samym wiele ran nie tylko im samym, ale też bliskim im osobom. 

Państwo Szymańscy zawarli związek małżeński jako młodzi ludzie i początkowo nic nie wskazywało na to, że mogą pojawić się między nimi jakieś poważne problemy.  

Mieszkaliśmy ze sobą rok przed ślubem i uważaliśmy to za całkiem normalne. Chodziliśmy do kościoła w kratkę, nie modliliśmy się – opowiedziała pani Anna.

Jej mąż dodał:

Ta wiara w Boga była, ale taka po swojemu. Czyli tak: Bóg jest, ale niekoniecznie wszystko to, co mówi się w kościele, jakie są nauki – zresztą nawet ich nie słuchaliśmy – to było wszystko trochę obok, my z jednej strony, a z drugiej Bóg. (…) Nie byliśmy całkowicie ateistami, nie uważaliśmy, że Boga nie ma, ale też nie podążaliśmy za nauką Boga. Żyliśmy swobodnie po swojemu. 

Jak sami twierdzą, mogli wówczas określić się jako szczęśliwe i kochające się małżeństwo, dobrze się rozumieli i spędzali razem dużo czasu. Ale choć wszystko układało się z pozoru pomyślnie, między małżonków wkradło się oddalenie. Po kilku latach doszło do zdrady. 

Po trzech latach małżeństwa, gdy zmieniłam pracę, zakochałam się w innym mężczyźnie – to był mój szef. Trudno mi wytłumaczyć, skąd to zauroczenie, bo byłam z mężem szczęśliwa. Może to szatan namieszał, a może Pan Bóg miał plan, żeby nas nawrócić? – wspominała pani Anna.

Zdrada na wiele lat zrujnowała małżeństwo państwa Szymańskich. 

Byłem załamany. Wydawało mi się, że mamy super życie, że się kochamy. I nagle dowiaduję się, że jest ktoś trzeci. To był szok, trudno sobie z tym poradzić. Nie wiedziałem, co robić – przyznał pan Andrzej Szymański. 

W konsekwencji pan Andrzej wyprowadził się od żony. 

Źródeł takiego obrotu spraw małżonkowie upatrują częściowo w środowiskach, w których wzrastali. Pani Anna pochodzi z niewierzącej rodziny, w której sakramenty traktowano jak pewne tradycyjne rytuały i przyjmowano je bez wewnętrznej wiary. Inaczej było jednak w rodzinie pana Andrzeja, który wkrótce po zdradzie żony wraz z mamą i siostrą pojechał do Częstochowy, aby tam modlić się o rozwiązanie trudnej sytuacji, w której się znalazł: 

Modliłem się, żeby się wszystko ułożyło. Gdy dowiedziałem się, że żona jest w ciąży z tamtym mężczyzną, było to dla mnie zamknięcie pewnego rozdziału. Ponownie wybrałem się do Częstochowy, ale tym razem doznałem wewnętrznego spokoju. Zacząłem żyć nowym życiem. Nie czułem do Ani nienawiści. Pamiętam, że w czasie niedzielnej Mszy Św. kiedy odmawiałem Ojcze nasz, myślałem o mojej żonie, że odpuszczam jej winy. 

Choć nowy związek pani Anny trwał aż 10 lat i zaowocował przyjściem na świat trojga dzieci, nie przyniósł kobiecie szczęścia, którego oczekiwała. Okazało się, że w relacji z nowym partnerem pani Annie brakuje bliskości, zaufania i przyjaźni, których doświadczyła już wcześniej w relacji z mężem. Wraz z poczuciem osamotnienia i niezrozumienia, przyszło również stopniowe nawrócenie i powrót do Kościoła przy okazji przygotowań do I Komunii Świętej najstarszej córki. 

Punktem zwrotnym było jednak niezwykłe wydarzenie w życiu pani Anny, które sprawiło, że zapragnęła zawalczyć o sakramentalne małżeństwo, mimo ponad dekady rozłąki i posiadania dzieci z pozamałżeńskiego związku. 

Przed Bożym Narodzeniem znalazłam pewien list. Był to list do mojej babci od jej narzeczonego, którego miała przed wojną. Ten narzeczony wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Babcia została w Polsce, wyszła za mąż za mojego dziadka, z którym była nieszczęśliwa. W liście narzeczony pisze, że babcia złamała mu serce, bo liczył, że po wojnie się spotkają. Na tym liście babcia dopisała drżącą ręką: „Boże, Boże gdybym jeszcze raz żyła”. Gdy to przeczytałam, to jakby mnie piorun strzelił. Pomyślałam: „Boże, żebym ja tak nie żałowała na koniec swojego życia”relacjonowała pani Anna. 

Wówczas kobieta zdecydowała o zakończeniu związku, ale także po wielu latach przerwy skorzystała z sakramentu spowiedzi i wstąpiła do wspólnoty neokatechumenalnej. 

Pojednanie między małżonkami nie nastąpiło jednak od razu. Pani Anna nawiązała w międzyczasie inną przelotną relację i rozważała nawet stwierdzenie nieważności sakramentalnego małżeństwa. W tym celu odbyła konsultacje w sądzie biskupim, gdzie dowiedziała się, że są do tego pewne przesłanki. Gdy jednak zaczęła rozważać, czy to dobre wyjście, odkryła, że nie jest to zgodne z wolą Bożą. 

I choć nie liczyła nawet na to, że jej małżeństwo uda się jeszcze naprawić, zdecydowała, że będzie żyła w wierności mężowi i przysiędze, którą złożyła: 

Miałam 35 lat, gdy pojechałam pierwszy raz w życiu na Jasną Górę. Na kolanach przed Matką Bożą usłyszałam wyraźnie, że mam męża. Wówczas założyłam obrączkę. (…) Pomyślałam, że będę żoną na odległość: będę się za niego modlić, nie będę wchodzić w nowe związki. 

Również w życiu pana Andrzeja po rozwodzie nie zagościło szczęście. Choć został ojcem, relacja z kolejną partnerką rozpadła się. Niedługo później pan Andrzej i pani Anna spotkali się po raz pierwszy od 13 lat. 

Byłam na programie 12 kroków. Jeden z kroków wymagał przeproszenia wszystkich, których skrzywdziłam. Musiałam przeprosić męża. On stwierdził, że nie ma żalu. Zapytałam go, czy jest szczęśliwy. Postanowiłam, że jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to skończę rozmowę i nie będę mu tego szczęścia psuła. A on odpowiedział: „A, wiesz jak jest” – opowiedziała pani Anna. 

Podczas kolejnego spotkania kobieta dała mężowi list, w którym opisała drogę, która doprowadziła ją do nawrócenia i zrozumienia, że sakramentalne małżeństwo, mimo rozwodu w świetle prawa cywilnego, wciąż trwa.  

Odpowiedziałem, że ja w to małżeństwo nie wierzę. Jednak ziarno zostało zasiane. W ciągu miesiąca dojrzałem do powrotu do żonystwierdził pan Andrzej.  

Mimo sprzeciwu najbliższych małżonkowie zdecydowali, że chcą odbudować swoje małżeństwo. W tej decyzji utwierdził ich wuj pana Andrzeja, salezjanin, który udzielał im ślubu: 

Mąż pojechał do swojego wujka salezjanina i zapytał, czy to, co robi, jest słuszne. A on odpowiedział, że był sakrament, był ślub, więc w oczach Pana Boga słuszne jest, żeby być ze swoją żoną. 

Po powrocie do życia w małżeństwie państwo Szymańscy mieli również okazję odnowić swoją przysięgę małżeńską, co było dla nich bardzo silnym emocjonalnym przeżyciem. Obecnie mają w sumie sześcioro dzieci: troje z pozamałżeńskiego związku pani Anny, jedno ze związku pana Andrzeja, a także dwoje wspólnych, urodzonych już po powrocie do małżeństwa. Zgodnie stwierdzają, że czują, jakby nigdy nie było trzynastu lat rozłąki między nimi. 

 AG/siewca.pl

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2022