2 grudnia 2022
6 sierpnia 2021

Wybór, nie nakaz? To kłamstwo! Nowa Zelandia: aborcyjna presja na matki dzieci z zespołem Downa

(YouTube/TheNitroZyniak)

Polskojęzyczne feministki w trakcie zeszłorocznych „strajków kobiet” bezprawnie uzurpujących sobie „prawo” do reprezentowania wszystkich przedstawicielek płci pięknej przekonywały, że w legalnej aborcji nie chodzi o obowiązek jej wykonywania, a jedynie możliwość „wyboru”. Przykłady z Nowej Zelandii wskazują, że lewicowa narracja – jak zwykle – jest bardzo odległa od rzeczywistości.

Historie Karen Loo, Hany Carpenter i Jo Chiet pokazują, że rzekome „prawo do wyboru” w praktyce oznacza presję ze strony środowiska medycznego, aby matka zdecydowała się zamordować własne dziecko podejrzewane o występowanie u niego zespołu Downa.

Pierwsza z kobiet, która stawiła skuteczny opór naciskom i sugestiom, wspomina, że położnik nie chciał wykonywać jej dodatkowych badań skoro nie była zdecydowana na aborcję. Poświęcenie uwagi choremu pacjentowi na płodowym etapie rozwoju uznał za… zawracanie głowy. Potem było jeszcze gorzej. Karen i jej mężowi Leonowi odmówiono zdjęć nienarodzonego dziecka. Jednocześnie cały czas pojawiały się sugestie dotyczące „opcji”. Presja – jak wynika z relacji matki – była nieustanna, choć subtelna. W końcu Karen Loo nie wytrzymała i powiedziała, aby do jej akt wpisać pogrubionymi literami informację, aby nie rozmawiać z nią na temat aborcji. Ponadto, jak dodaje, nie jest pewna czy gdyby była młodsza lub miała słabszą wolę to nie uległaby presji lekarzy.

Hana Carpenter zauważa natomiast, że lekarze nie potrafili pojąć faktu, iż nie przeszkadza jej zespół Downa u dziecka. Skrajnie proaborcyjną postawę zamanifestował w sposób brutalny lekarz przeprowadzający u niej poród poprzez cięcie cesarskie. Medyk zapytał bowiem, czy w sytuacji konieczności reanimowania dziecka ma w ogóle przystępować do działania. – Wyraźnie inaczej postrzegał dziecko z zespołem Downa i zwykłe zasady medyczne nie miały tu zastosowania – mówi Hana, matka zdrowego i szczęśliwego dziecka, któremu do spokojnego życia potrzebna była operacja. Lekarze widzieli jednak tylko „opcję” eksterminacyjną.

Jo Chiet przekonuje z kolei, że w proaborcyjna presja w Nowej Zelandii narasta. Także i ona spotkała się z naciskami mającymi na celu uzyskanie jej zgody na zamordowanie dziecka. Odmówiła jednak osobom z dyplomami lekarskimi i jej syn jest dziś „tancerzem, sportowcem, bratem i przyjacielem. Nie obchodzi go, że ma zespół Downa. Wiele się od niego nauczyłam, ponieważ potrafi żyć chwilą. Po prostu kocha to, co kocha – i kocha tego, kogo kocha. Może być sobą”.

Presja na eksterminację osób z zespołem Downa to jeden wymiar dyskryminacji z powodu stanu zdrowia. Kolejną formą wykluczenia jest odmawianie prawa do pobytu. Ponadto dodatkowe obawy rodzi fakt zalegalizowania w Nowej Zelandii eutanazji.

Karen Loo zachęca jednak rodziców do walki z niemoralną presją lekarzy owładniętych aborcyjnym obłędem. Jak zauważa, mimo przypadłości jej dziecko „ma nasze maniery, lubi podobne rzeczy, co my i ma prawdziwą radość życia”. Oczywiście na dzieciobójczą presję ciężko się przygotować, jednak należy bronić swojego prawa do decyzji i nie ulegać strachowi lub uprzedzeniom innych ludzi.

Jeśli więc jakaś sytuacja we współczesnym świecie ma być rzeczywistym „piekłem kobiet” – co jesienią roku 2020 wzięły na sztandary feministki w naszym kraju – to jest nim nie zakaz, ale niemalże aborcyjny nakaz, nieformalny obowiązek, próba wymuszenia na matce zamordowania własnego dziecka, zaś przy takim podejściu slogan „moje ciało: moja sprawa” okazuje się być wyłącznie jednostronnym biczem na nienarodzonych, a decyzja podjęta przez kobietę jest szanowana tylko wtedy, gdy podejmuje decyzję o aborcji, zgodnie z ideologicznymi zasadami neomaltuzjanizmu.

MWł/opoka.news

 

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2022