12 kwietnia, 2024
6 marca, 2023

Poliamoria w Warszawie, czyli… jak „Gazeta Wyborcza” promuje rozwiązłość i dewiacje

(Fot. Pixabay, zdjęcie ilustracyjne)

Mieć narzeczonego, chłopaka a może jeszcze i kochanka? Co za problem! To świetna zabawa – przekonuje warszawska „Wyborcza”. Gazeta ruszyła z nowym cyklem artykułów: o seksie, miłości, relacjach i związkach. Bohaterkami ostatniego odcinka są kobiety, które żyją w związkach poliamorycznych.  

Kiedyś wydawało się, że chodzi TYLKO o akceptację dla konkubinatów, tzw. życia “na kocią łapę”. Ot, żeby nikogo to już nie dziwiło ani gorszyło, żeby stało się normą, no bo jak się nie wypróbować przed ślubem.

A później, że może w ogóle wystarczy “kocia łapa” a żaden papierek czy “szalik księdza” do szczęścia tak kochającej się pary nie są konieczne…

A gdyby już doszło do jakiejś formalizacji związku, a miłość okazała się jednak pomyłką, chodziło o powszechny aplauz dla rozwodów. Żeby nikt się nie musiał męczyć, zwłaszcza gdy lepszy model był już tuż…

Dziś to zdecydowanie za mało, idziemy naprzód! Tamto już się znudziło, już stało się normalne i nikogo nie rusza. Artykuł o parze, która mieszka przed ślubem? Ziew. Sentymentalna historia rozwodników, zakończona “happy endem”, bo oboje w końcu są wolni i odnaleźli „prawdziwe miłości”. Historia dla wapniaków.

Ale już opowieść o kobiecie, która jest biseksualna i biromantyczna, mieszka z narzeczonym, spotyka się z chłopakiem i pieje z zachwytu, gdy ten idzie na seks z kochanką – ooo, to jeszcze porusza. Nawet największy seksualny liberał może jeszcze kliknie w tabloida zapowiadającego takie pikantne opowiastki.

“Friends with benefits”

No więc GW spieszy, aby połechtać najbardziej kapryśne seksualne gusta czytelników.

Z Michałem, moim narzeczonym, mieszkam, a Adam, mój chłopak, mieszka sam 30 km od Warszawy. Widujemy się raz na miesiąc. Rzadko, ale jesteśmy stale na łączach przez telefon, a jakość tego kontaktu i bliskość emocjonalna między nami jest lepsza niż w niejednym moim wcześniejszym monozwiązku – opowiada Agnieszka, bohaterka ostatniego artykułu z cyklu „Jak kochasz, Warszawo?”.

Na początku on i ona mieli na boku relacje typu „friends with benefits”, głównie oparte na seksie. Szukali ich w aplikacjach Tinder, Badoo, Zaadoptuj faceta.

Obaj mężczyźni Agnieszki są heteroseksualni, więc buduje swoją relację osobno z każdym z nich. I panowie też się lubią, o czym świadczy, że jeden zamontował drugiemu umywalkę. Widać, że wspólny czas spędzony w łazience przyniósł im wiele radości!

Marzeniem Agnieszki jest, aby zamieszkali we trójkę, ale są dwa „ale”: 1. koty (narzeczony ich nie lubi, a chłopak ma koty i nie chciałby się ich pozbyć) i 2. rodzice narzeczonego, bardzo konserwatywni. Ciężko byłoby ukryć dodatkowego domownika. A jej marzeniem jest się nie kryć, no po prostu rzec by można – chce “żyć w prawdzie”.

Agnieszka podkreśla, że żaden z jej partnerów nigdy nie był zazdrosny o drugiego. A to już oczywisty dowód, że tworzą dobry związek.

Gdy narzeczony Agnieszki wychodzi na randkę, ona żegna go z uśmiechem i najlepszymi życzeniami dobrej zabawy. „Tygrysie, wróć pogryziony, podrapany, szczęśliwy i zmęczony!” – śmieje się Agnieszka.

Z kochanką łączy Michała głównie relacja seksualna. A narzeczona bardzo mu w tym kibicuje, bo – jak przyznaje – długo miał problem, żeby sobie kogoś znaleźć.

W historii tej miłości pojawia się interesujące wyjaśnienie. Otóż, jak przyznaje Agnieszka:

W naszym przypadku, i na pewno nie tylko w naszym, niemonogamiczność koreluje z neuroatypowością. Ja jestem w spektrum autyzmu, Michał ma ADHD, a Adam fobię społeczną. To, że wszyscy jesteśmy „inni”, sprawia, że łatwiej nam rozumieć się nawzajem.

Kobieta dodaje:

Paradoksalnie czuję się teraz bezpieczniej niż kiedykolwiek w relacji monogamicznej. Wtedy ciążyło mi bycie dla kogoś całym światem. Chodzenie razem na każdą imprezę, do rodziców, kina, teatru. Odkryłam, że jeśli z dziesięciu takich rzeczy pięć robię z jedną osobą, a pięć z inną, to już mam na nie ochotę. I zamiast dwóch niezbyt szczęśliwych osób są teraz trzy szczęśliwe.

Partnerzy “główni” i “krótkoterminowi”

GW opisuje również historię biseksualnej i biromantycznej Kingi, która była już w trzech otwartych związkach.

Zamknięty związek jest dla mnie nienaturalny. W takim związku ciągle bym myślała, kiedy się skończy, tak żebym mogła być wolna – mówi Kinga.

Co prawda pierwszy był na początku zamknięty, ale nieheteronormatywny. Z czasem wraz z partnerką postanowiły go otworzyć, bo Kinga zorientowała się, że zakochała się jednocześnie w drugiej osobie, nie odkochując się w swojej partnerce.

Kolejne związki Kingi  (z chłopakami) miały podobny staż (dwa–trzy lata). Równolegle do głównych partnerów spotykała się z osobami, które jej się podobały, zwykle nie dłużej jednak niż dwa–trzy miesiące z każdą.

Czasem spotykałam się tylko na seks, innym razem z kimś, z kim lubiłam spędzać czas. Ale za każdym razem czułam przy tym jakby termin ważności. Te relacje się wypalały, pewnie też dlatego, że mało kto chce być „tym drugim”. Chciałabym tego terminu ważności nie czuć, chciałabym, żeby to mogło trwać dłużej – wyznaje Kinga.

Jej partnerzy “główni” i “krótkoterminowi” czasem znali się między sobą, czasem nie. Przestrzegała zasady, że tym “krótkoterminowym” nie okazuje czułości przy “głównych”.

Bez krzywdzenia innych?

Kobieta o pseudonimie Retni ma dwie romantyczne relacje i kilka początkujących.

Jedna z “romantycznych relacji”, o których wspomina, to chłopak, który jest w otwartym związku ze swoją “główną” dziewczyną, z którą mieszka. Widują się raz w tygodniu. Druga to chłopak, który jest sam, ale niedawno wyprowadził się za granicę. 

Poza relacjami romantycznymi, Retni raz na dwa–trzy tygodnie spotyka się na randki z osobami, z którymi tworzą relacje typu „friends with benefits”, oparte głównie na seksie.

I podkreśla coś bardzo ważnego:

Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam siedem lat. Ze strony taty pojawiały się zdrady i w końcu zostawił mamę dla innej kobiety. Ja chyba też trochę nie chciałam iść tą drogą, a w relacjach monogamicznych zdarzało mi się zdradzać i kosztowało mnie to dużo nerwów i wyrzutów sumienia. Dlatego cieszę się, że mogę być poli i realizować w ten sposób to, do czego mnie pcha moja seksualność, bez krzywdzenia innych osób – tłumaczy.

To ważna uwaga i potwierdzenie, jakiego spustoszenia w życiu dzieci, w spojrzeniu na relacją kobieta-mężczyzna, na małżeństwo, dokonuje rozwód rodziców. Zabierając im nie tylko piękne dzieciństwo, miłość kochających się rodziców, pociąga za sobą tragiczny demontaż własnej tożsamości i zdolności do wejścia w normalny, szczęśliwy, dozgonny związek małżeński. 

Już nikogo chyba nie dziwi epatowanie przez GW seksizmem bez żadnych hamulców. Jednak za skandaliczne trzeba uznać żerowanie na ludzkiej krzywdzie, historiach głębokich zranień a nawet chorób, w celu promocji seksualnych aberracji. Poliamoryczne historie, promocja życia w wielu związkach, jako alternatywy dla małżeństwa i rodziny, to nic innego jak oswajanie odbiorców z wykwitami rewolucji seksualnej. Tylko co kryje się za kolejnymi drzwiami “inności” w miłości, które chce na oścież otwierać GW? 

MZ/warszawa.wyborcza.pl

„Kupiłxś” lub „kupił_ś”? Gazeta.pl w nierównej walce z opresyjnymi końcówkami

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

Polityka prywatności i plików cookies

© Centrum Życia i Rodziny 2023