4 lutego 2023
30 grudnia 2022

Dr P. Wołochowicz, Dyrektor Fundacji Misja Służby Rodzinie: „Chcieliśmy budować nasze życie na Bogu, nie interesowały nas wzory tego świata”

((Fot. Archiwum prywatne, Piotr Wołochowicz))

30 lat temu, wraz ze śp. żoną Mariolą, zaczęliście Państwo pracować na rzecz małżeństw i rodzin w ramach Fundacji Misja Służby Rodzinie. Skąd decyzja, aby całkowicie oddać się takiej posłudze?

Ja z pierwszego zawodu jestem elektronikiem, Mariolka była germanistką. Mieliśmy korzenie oazowe i byliśmy aktywni w Kościele. Nieco ponad pół roku po naszym ślubie zapisaliśmy się na Studium Teologii dla Świeckich i po siedmiu latach zdobyliśmy tytuły magistrów teologii, nasze prace magisterskie były z biblistyki. A w roku 1992 – 10 lat po naszym ślubie – odczytaliśmy, że Pan Bóg prowadzi nas do tego, żeby zostawić świecką pracę zawodową i pełnoetatowo zająć się sprawami Królestwa Bożego.

A jak sami Państwo przygotowywali się do ślubu?

Wspólnie dużo czytaliśmy, m.in. Miłość i odpowiedzialność Karola Wojtyły, dzięki czemu wiele zrozumieliśmy, np. na czym polega norma personalistyczna: że drugiego człowieka należy kochać a nigdy używać. Później, kiedy w naszym małżeńskim życiu emocje kierowały, żeby tak a nie inaczej się zachować, pojawiała się myśl: czy jeśli postąpię w ten sposób wobec współmałżonka, to będzie to uszanowanie jego godności, okazanie miłości i szacunku, czy jednak egoistyczne używanie. I choć i tak (zbyt) dużo się kłóciliśmy, to jednak przez całe 34 lata małżeństwa trzymaliśmy się zasady: „Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” (Ef 4,26). Nie szliśmy spać dopóki się nie pogodziliśmy. I nasze dzieci też to widziały.

Powróćmy do początków Państwa małżeństwa

Już dwa miesiące po ślubie uczestniczyliśmy w pierwszym seminarium o komunikacji w małżeństwie. Bo chociaż i tak byliśmy oczytani, bardzo nam ono pomogło w całej naszej specyfice przeciwstawnych temperamentów, kompletnej przepaści „kobiecość – męskość”. I to wszystko było cudowne, bo mogliśmy się uzupełniać! Dobrze jest, aby małżonkowie w pierwszych latach swojego związku, kiedy już zaczynają widzieć pewne napięcia między sobą, właśnie przez takie seminarium mogli poprawić jakość swojej komunikacji.

Fot. Arch. prywatne, Mariola (+2016) i Piotr Wołochowicz

Przygotowali Państwo wiele publikacji z zakresu tematyki małżeńskiej i rodzinnej. Wśród nich, przygotowywana jeszcze wspólnie z Żoną, a wydana na jesieni tego roku książka “Ku pełni miłości”. Skąd potrzeba takiej publikacji?

Kiedy powstała Misja Służby Rodzinie, zaczęliśmy być zapraszani do wielu środowisk, żeby mówić właśnie o różnych aspektach małżeństwa i rodziny. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że z tego wyłania się całościowe przesłanie nt. biblijnego modelu małżeństwa i rodziny. Leżało nam na sercu, żeby napisać o tym książkę. Przymierzaliśmy się do tego, ale w międzyczasie powstawało wiele innych, bardziej szczegółowych projektów – jak Seks po chrześcijańsku, seria Prawdziwa Miłość dla młodzieży czy cykl Wierzące Dzieci. Dopiero relatywnie niedawno w końcu udało mi się do końca dopracować zebrany materiał i tak ukazała się ta książka.

Z lektury wyłania się propozycja poznawania Słowa Bożego, które pozwala odkryć tożsamość i szczęście, do którego powołani i zaproszeni są małżonkowie już tu na ziemi i w wieczności. Nie każdy zaczyna dziś jednak budowę swojego życia od mocnych, trwałych fundamentów. Jak wzbudzić to pragnienie?

Wszystko, co jest napisane w książce, to owoc naszych własnych poszukiwań biblijnej prawdy o małżeństwie i rodzinie oraz stosowania tego w życiu. My to wszystko przeżyliśmy przez 34 lata sakramentalnego związku. Naszym celem w małżeństwie było to, żeby żyć po Bożemu, na tym fundamencie. To była dla nas oczywista, strategiczna decyzja życiowa.

Niestety, nie dla każdego jest to oczywiste…

W Księdze Jozuego wódz Izraelitów postawił lud przed wyborem, aby zdecydowali się komu chcą służyć: Bogu Izraela czy bożkom pogańskim. I powiedział: „Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu” (Joz 24,15b). Początkiem, kładzeniem fundamentu, jest decyzja, że ja chcę iść za Bogiem. My oboje z Mariolką zrobiliśmy to jeszcze przed ślubem. Każde z nas odpowiedziało na kerygmat – Dobrą Nowinę o Zbawieniu w Chrystusie – i przyjęło Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Chcieliśmy budować nasze życie na Bogu, nie interesowały nas wzory tego świata. Czyli żeby w ogóle mówić o zastosowaniu modelu biblijnego w małżeństwie trzeba, aby mąż i żona mieli osobistą relację z Bogiem. Tekst 1 Kor 2,14-16 wskazuje, że dla człowieka, który nie ma takiej relacji, Boże prawdy wydają się być głupstwem; inaczej jest z człowiekiem świadomie nawróconym.

Część ludzi, którzy chcieliby żyć naprawdę po Bożemu, nie bardzo wiedzą, jak to robić…

To jest sytuacja podobna do tej, jaką opisuje prorok Ozeasz: „Naród mój ginie z powodu braku nauki” (Oz 4,6a). Czasami ludzie, którzy chcą żyć po Bożemu, są zagubieni, jak to realizować. Bo nie zostali nauczeni prawd, które mogą być mocnym fundamentem, ani ich praktycznego zastosowania. A przecież Słowo Boże jest żywe i możemy je stosować w naszym życiu, jest cały czas aktualne! Wtedy daje moc do życia po Bożemu, daje błogosławieństwo i prawdziwe szczęście. Ale początkiem musi być osobista relacja z Bogiem.

Gdy małżonkowie oprą już swoje życie na trwałych wartościach, naturalnie pragną także w tym duchu wychować dzieci.  W książce wskazują Państwo, że u podstaw wychowania zawsze powinna być miłość Boża oraz ofiarowany dzieciom dar kochających się rodziców…

Po pierwsze rodzice mają mieć relację z Bogiem. Bardzo ważne jest, aby mama i tata się kochali i żeby dzieci widziały, że są ze sobą szczęśliwi. Nie może być tak, że jedno z rodziców na coś pozwala, a drugie zabrania albo że jeszcze kłócą się w obecności dziecka. Oni stanowią jedno.

A czy jest jakiś klasyczny model wychowania, o którym mówi Słowo Boże?

Tak. Mówiąc w skrócie, wskazuje ono na równowagę miłości i dyscypliny. Ale nie po 50%, ale po 100%: to znaczy 100% miłości i 100% dyscypliny. Słowo Boże – m. in. w Ef 6,1-4 i Kol 3,20 – mówi o tym, że wolą Bożą jest posłuszeństwo dzieci wobec rodziców, a jednocześnie respektowanie przez nich pełnej godności dziecka. A poza tym, o stosowaniu karcenia i napominania Pańskiego, czyli tak jak Bóg nas upomina i karci. To jest kluczowy wzór dla postępowania wobec dzieci. Rodzice dają dziecku pełną, bezwarunkową miłość: kocham cię za to, że jesteś moim dzieckiem, nie musisz na moją miłość zasługiwać, cieszę się, gdy masz dobre oceny w szkole, martwię się, gdy masz słabe, ale bez względu na te oceny kocham cię tak samo mocno.

A z drugiej strony dyscyplina…

 … czyli to my jesteśmy rodzicami, ty jesteś dzieckiem, więc póki żyjesz z nami, jesteś zobowiązany do posłuszeństwa. A ponieważ ty jesteś dzieckiem, my jesteśmy dorośli – wychowamy, ukształtujemy ciebie na dobrego, odpowiedzialnego człowieka, służącego Bogu. I nie spoczniemy aż to skutecznie wykonamy. Tak postępowaliśmy wobec naszej trójki dzieci i mogliśmy potem zobaczyć dorosłych, samodzielnych ludzi, całym sercem oddanych Bogu.

Rodzice boją się dziś nawet zdrowego karcenia?

Tak, bo im się wmawia, że wszelka dyscyplina to wyrządzanie dziecku krzywdy. Z drugiej strony rodzice coraz częściej tracą nadzieję – a jedną z najgorszych rzeczy jest, jeśli mówią do dziecka np. „Ja już nie mam do ciebie siły”. Konieczny jest komunikat odwrotny: zawsze będę miał siły, żeby walczyć o twoje dobro i nie popuszczę ci, bo ty mógłbyś mieć kiedyś do mnie pretensję. O to, że kiedy byłeś niedojrzały, nie rozumiałeś, czego chcesz, co robisz, a ja wiedziałem, że to jest złe, a jednak darowałem i odpuściłem.

Niestety, niektóre programy pedagogiczne, nauczane także na katolickich uniwersytetach, rozmijają się z tą Bożą koncepcją wychowania…

Generalnie rzecz biorąc, wiele współczesnych propozycji pedagogicznych jest kompletnie sprzecznych z biblijnym modelem! Słowo Boże mówi, że w sercu dziecka mieści się zło w konsekwencji grzechu pierworodnego, że dziecko trzeba ukształtować, wychować, a nie pozwolić mu wychowywać się samemu i w tym nie przeszkadzać. To jest kompletnie odrealnione. Ono potrzebuje pomocy, prowadzenia rodziców. Mieliśmy takie rozmowy duszpasterskie, gdy np. dorosła kobieta opowiadała, że jako nastolatce rodzice nie stawiali jej żadnych granic. Gdy kiedyś była zaproszona na imprezę, skłamała, mówiąc, że rodzice jej nie pozwolili. Dobrze wiedziała, że nie miałaby takiego zakazu, ale sama czuła, że to nie byłoby dla niej dobre. Czyli dźwigała ciężar, który nie był przeznaczony dla tak młodego człowieka, ale dla dorosłego. Potem potrzebowała to wypłakać i przyjąć modlitwę o uzdrowienie w tej dziedzinie. Współczesny świat próbuje nam wmówić, że jakakolwiek dyscyplina jest krzywdząca. Dzieci i młodzież ponoszą ogromne szkody takiego myślenia.

Pokłosiem takiego myślenia jest m.in. inicjatywa zakazu spowiedzi osobom poniżej 16. roku życia, bo ponoć to „paskudne i upokarzające doświadczenie”.

A ja się pytam, dlaczego ci sami, którzy zbierają podpisy pod tą petycją, popierają standardy edukacji seksualnej WHO, żeby 4-latkom mówić o masturbacji, a 6-latkom o wyrażaniu zgody na współżycie, albo popierają, żeby dziecko w wieku 10 lat czy nawet młodsze mogło zażyczyć sobie tzw. zmiany płci. To im nie przeszkadza, a przeszkadza im spowiedź. To jest absurd!

W swoim dorobku proponują Państwo program wychowawczy: obdarzanie dziecka miłością i ukierunkowanie jego potencjału na Bożą chwałę i ku pożytkowi społeczeństwa. Brzmi pięknie, ale jak to wszystko zrobić w dobie Tik-Toka? Jak nauczyć młodzież demaskować oszustwa świata mediów?

Przede wszystkim od małego trzeba wpajać dzieciom Boże prawdy według nakazu: „Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu” (Pwt 6,7). Wpajać, to znaczy przekazywać je zawsze i wszędzie. Wpajać to nie znaczy powiedzieć dziecku: „No wiesz, my, mama z tatą, tak żyjemy, ty też mógłbyś kiedyś, ale sam wybierzesz, jak będziesz dorosły”. To będzie klęska. Bo zanim to dziecko stanie się dorosłe zostanie już zatrute masą złych wpływów.  Przede wszystkim trzeba od małego kształtować myślenie kategoriami Bożymi i mądrze ograniczać kontakty z technologią. To, że inne dzieci coś mają, nie znaczy, że nasze dziecko to też musi mieć.  

Jak to wytłumaczyć dziecku?

Zaczynając od kluczowych prawd:

  1. Twoja godność pochodzi stąd, że Bóg ciebie stworzył, nie jesteś jakimś przypadkiem;
  2. Twoja wartość jest w tym, że Jezus oddał za ciebie życie, zapłacił najwyższą możliwą cenę;
  3. Bóg Ojciec kocha ciebie bezwarunkowo i to się nigdy nie zmieni, a Duch Święty uzdalnia ciebie do zwycięskiego życia.

Wtedy dziecko nie musi szukać akceptacji gdzie indziej, przejmować się, czy dostanie więcej czy mniej lajków, bo będzie miało silne poczucie wartości. A jednocześnie pokazywać mu, jak bardzo marne są tamte propozycje. Oczywiście, to będzie się wiązało z tym, żeby rodzice mądrze ograniczali i kontrolowali korzystanie dziecka z internetu. Trzeba wreszcie uświadamiać dzieciom, że w internecie są ludzie, którzy szukają ofiar, którzy są oszustami, podszywającymi się pod kogoś innego niż są naprawdę. To jest bardzo duża odpowiedzialność rodziców, aby nauczyć dzieci mądrze korzystać z mediów. Generalnie, im później dziecko będzie wprowadzone w rzeczywistość internetu, tym lepiej.

Jako inspirację dla rodziców podaje Pan Nehemiasza, odbudowującego mury Jerozolimy…

Księga Nehemiasza opisuje proces odbudowy murów i bram Jerozolimy.  Jakie może mieć to przełożenie na czasy współczesne i wychowanie dzieci? Otóż duża część, a może nawet zdecydowana większość współczesnej młodzieży, jest w takiej sytuacji jak ówczesna Jerozolima: mają zburzone mury – czyli coś, co normalnie chroni młodego człowieka: system wartości, zasady życia domowego; a ponadto mają też spalone bramy – miejsce, przez które wchodzi i wychodzi się z miasta, czyli, można powiedzieć – treści, które docierają do młodych. Jeśli nie ma bramy, nie ma systemu kontroli. Strategię i kolejne kroki Nehemiasza w dziele odbudowy opisuję w 12 punktach, które mogą być inspiracją, jak rodzice mogą starać się odbudować „bramy” i „mury” dla swoich dzieci.

Bolesnym problemem współczesności jest brak wiary u dzieci głęboko wierzących rodziców, często zaangażowanych w życie Kościoła … Jak to wytłumaczyć?

Z jednej strony jest to efekt presji antychrześcijańskiej na młode pokolenie, która rośnie z każdym rokiem. To zorganizowany system angażujący wielu ludzi, ogromne pieniądze, organizacje, których celem jest właśnie uniemożliwienie naszym dzieciom życia w wierze. Poprzez m.in. edukację seksualną czy różnego rodzaju ideologie, które mają zastąpić Boga. A życie warto poświęcić tylko dla Boga. Z drugiej strony sztuka wychowania bardzo dziś podupadła i świat robi wszystko, żeby podupadała jeszcze bardziej. Rodzice gubią się od strony wychowania, stają się bezradni, nie bardzo wiedzą, co robić…

A w ten sposób dzieci są wikłane jeszcze bardziej w pętle różnych elit współczesnego świata…

Kilkanaście lat temu zobaczyliśmy z Mariolką problem odchodzenia nastolatków z Kościoła, od wiary, dlatego powstała wspomniana już seria książek Wierzące dzieci. Z pewnością wpływ na ten problem mają m.in. pewne modele życia społecznego, np. liczne oddawanie dzieci do żłobków (25% dzieci!) czy masowe do przedszkoli. Presja na to wynika z chęci sięgania po nasze dzieci!

Kiedyś moja Ukochana dotarła do niemieckiej książki przedstawiającej historie młodych ludzi, którzy w swoich nastoletnich latach byli bardzo zaangażowani w Kościele, a potem jako młodzi dorośli odeszli od Boga. Socjologowie, którzy przeprowadzali z nimi wywiady, szukali odpowiedzi na pytanie: jak to się stało? I pojawiał się m.in. problem wyrośnięcia z wiary, czyli że ich wiara była wciąż dziecięca, nie dojrzewała wraz z wiekiem. Na to zniechęcenie wpłynęły również pewne złe rzeczy, które działy się w Kościele. A czasami było tak, że np. kolega z pracy zafascynował kogoś jakimś sprzecznym z chrześcijaństwem nauczaniem, ujawniając brak przygotowania człowieka wierzącego od strony apologetycznej, czyli od strony obrony wiary. A w Słowie Bożym można znaleźć wszystko, aby obalić wszelkie teorie ateistyczne.

Jak zatem można ochronić dzieci przed ateizacją?

Na pewno musi się to zacząć od tego, że rodzice sami muszą mieć autentyczną relację z Bogiem i dzieci to widzą. Rodzice potrafią też podejmować mądre decyzje życiowe. Kilka lat po naszym ślubie, jeszcze w latach 80., dostałem propozycję wyjazdu do USA, by tam zrobić doktorat. Był to wyjazd na kilka lat i nie było wiadomo, czy i kiedy mógłbym sprowadzić resztę rodziny. No więc, gdy to usłyszałem, odpowiedziałem: „Nie, taka propozycja mnie nie interesuje, cena jest zbyt wysoka”. Pojechał mój kolega, kawaler.

I tu dotykamy znaczenia roli mężczyzny – męża i ojca w rodzinie. W książce podkreślają Państwo konieczność odnowy mężczyzn. Centrum Życia i Rodziny podjęło w tym celu inicjatywę przeniesienia Dnia Ojca na 19 marca – uroczystość św. Józefa. Co jeszcze trzeba zrobić, aby dokonała się rzeczywista odnowa mężczyzn? Aby z egoistycznych wiecznych chłopców dojrzali odpowiedzialni, kochający mężczyźni?

Wracamy do fundamentu: rozwiązanie zaczyna się od tego, aby taki człowiek przyjął Jezusa, nawrócił się i zaczął bardzo poważnie pytać: „Boże, pokazuj mi teraz, jaka jest Twoja wola dla mojego życia”. I wtedy zobaczy również biblijny model odpowiedzialności mężczyzny jako mężczyzny, jako ojca, jako głowy rodziny itd. Od człowieka, który nie będzie miał otwartego serca, nie da się niczego wymusić.

(Fot. Arch. prywatne P. Wołochowicz, Ku pełni miłości)

Z pewnością cenną pomocą w procesie otwierania serca na Boga i drugiego człowieka będzie książka Ku pełni miłości. Kogo szczególnie zachęca Pan do jej lektury?

Podtytuł brzmi: „Biblijny model małżeństwa i rodziny” – czyli zachęcam tych, co są tym tematem zainteresowani. Zapraszam zwłaszcza małżonków, którzy chcieliby swoje życie małżeńskie i rodzinne układać po Bożemu, a także tych, którzy poważnie myślą o małżeństwie, bez względu na to, czy już są narzeczonymi, czy jeszcze nie. Lektura książki może być także owocna dla ludzi starszych, którzy mają już dorosłe dzieci, by spojrzeć na to, w jaki sposób funkcjonowali, jak wyglądało ich życie w świetle Słowa Bożego i również o tym powiedzieć następnemu pokoleniu. Zachęcałbym także duszpasterzy, aby szerzyć to przesłanie o biblijnym modelu małżeństwa i rodziny.

Co daje małżonkom i rodzinom posłuszeństwo i zaufanie Słowu Bożemu?

Przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, że jeśli Bóg coś mówi i ja tak zrobię, to będzie dobrze. Np. Bóg mówi, że trzeba wychodzić z życzliwością, być chętnym do przebaczania, do pojednania – świat mówi: ty masz pilnować swoich interesów, masz dbać o siebie. Prawdziwe poczucie bezpieczeństwa jest wtedy, kiedy postępuję według Bożego planu – a Bóg zatroszczy się o to, by to się dobrze skończyło, co obiecuje werset Rz 8,28: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru”. 

Rozmawiała: Monika M. Zając

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2023