10 sierpnia 2022
24 września 2021

Co jest nie tak z „osobami rodzącymi” i dlaczego ktokolwiek miałby wybrać macierzyństwo w społeczeństwie, które ma je w pogardzie?

(fot. pixabay.com, zdjęcie ilustracyjne)

„To, że bycie matką oraz bycie dzieckiem zaczyna się już w czasie ciąży, jest wysoce kłopotliwe dla liberalnej antropologii. Fizyczna i genealogiczna zależność dzieci od ich rodziców atakuje tezę, że jesteśmy raczej odizolowanymi jednostkami niż członkami rodzin” – napisał Cole Anderson. O tym, jakie zagrożenia niesie za sobą nowomowa wprowadzana przez lewicowych ideologów oraz o macierzyństwie, rozważa w artykule zamieszczonym na The Public Discourse.

Hasła i postulaty wykrzykiwane z „lewej strony” bardzo często same się wykluczają. Konserwatyści odbijają się więc od przysłowiowej ściany, próbując dyskutować z tak niespójną retoryką. Walczą o prawa kobiet, ale chcą zabijać je jeszcze przed urodzeniem. Każde stworzenie ma swoją godność, gdy mówimy o maltretowanym piesku, ale nie kiedy chodzi o dziecko rozczłonkowywane w łonie swojej matki. Instytucja małżeństwa jest przez dekady wyśmiewana w kulturze popularnej, młodzi są przekonywani, że przed 30-stką nie powinni w ogóle myśleć o ślubie, ale kiedy chodzi o pary jednopłciowe, małżeństwo staje się również w lewicowej narracji czymś bardzo wartościowym i niezbędnym do godnego życia. 

Nie tak dawno słyszeliśmy o tym, że amerykański Departament Zdrowia i Opieki Społecznej w propozycji budżetu na 2022 rok, zastąpił słowo „matka” terminem „osoba rodząca”. Anderson w swoim artykule zwraca uwagę na to, iż dziwna, acz pozornie niegroźna zmiana nomenklatury może nieść za sobą zagrożenie zarówno intelektualne, jak i prawne. 

Jeśli matka jest tylko osobą rodzącą, zwykłym kanałem wprowadzającym na świat pozbawioną korzeni jednostkę, to dziecko matki nie jest jej w żadnym moralnie poważnym sensie. Jeśli dzieci są wychowywane w przekonaniu, że władza rodzicielska jest arbitralna, i jeśli prawnicy i decydenci polityczni przyswoją sobie tę samą wizję, to bogata sieć roszczeń i obowiązków wiążących rodziców z dziećmi stanie się publicznie niezrozumiała – tłumaczył autor.

Intymność więzi między rodzicami a dzieckiem

Dziecko od samego poczęcia uosabia cielesną jedność swojego ojca i matki, jest jednym ze znaczeń biblijnego stwierdzenia, że mężczyzna i kobieta „staną się jednym ciałem” w małżeństwie. Ponieważ dzieci są „zbudowane” z ciała rodziców, należą do rodziców. Trudno o lepszą podstawę do przynależności. Jednocześnie dziecko jest też odrębną osobą, więc tej „przynależności” nie można traktować na zasadzie własności. Tym, co dziecko może dostać od rodziców najcenniejszego, jest zdrowy rozwój przygotowujący do owocnego dorosłego życia, wolnego już od rodzicielskiego kierowania. To jest właśnie celem rodzicielstwa. 

Tak więc poczęcie, a nie narodziny, jest początkowym momentem w życiu dziecka i jego zależności od rodziców. Ale genealogia nie jest jedyną podstawą władzy rodzicielskiej. Dzieci nie mogą wychowywać się same, ale bycie wychowanym leży w ich interesie, a zatem mądre i ciągłe zarządzanie przez rodziców jest samo w sobie źródłem rodzicielskich roszczeń wobec dzieci – podkreślił Anderson.

Autor tekstu na portalu The Public Discourse zwrócił uwagę na to, że jeżeli rodzice nie wypełnią swoich powinności wychowawczych, ale też powinności związanej z obdarzeniem dziecka troską i czułością, taki człowiek może wyrosnąć na „niegrzeczne, agresywne, przestraszone, smutne… krótko mówiąc, niezdolne do samodzielnego rządzenia się, nie mówiąc już o owocnym życiu z innymi”. To, ile czasu, wysiłku i poświęceń kosztuje rodziców opieka i wychowanie konkretnego dziecka, „stawia rodziców [w obowiązku] lepiej niż kogokolwiek innego do opieki nad tym szczególnym dzieckiem”. Z kolei wynikające z tej opieki, która zaczyna się w łonie matki i trwa poza nim, zaufanie dziecka do rodziców, daje mu podstawę do „roszczenia” sobie tych konkretnych rodziców.

Oczywiście, roszczenia rodziców nie są absolutne. Niekompetentni rodzice zasługują na ingerencję i wskazówki od zatroskanej rodziny, przyjaciół oraz duchowieństwa. Dzieci krzywdzone zasługują na to, by przebywać z tymi, którzy będą wspierać ich dobro, a nie szkodzić – dodał Anderson.

Nieuchronnie związane z płcią

Macierzyństwo (podobnie jak ojcostwo) ma swoje źródło w biologii, ale nie redukuje się to niej. Kobieta z chwilą poczęcia staje się matką, jednak zależnie od późniejszego sprawowania tej roli, możesz być lepszą lub gorszą matką, wypełniać swoje macierzyńskie obowiązki lub je zaniedbywać.

Poczęcie dziecka jest, w pewnym sensie, już być rodzicem, ale w innym bardzo realnym sensie, to jest zacząć być rodzicem. (…) kiedy już raz zacznie się być rodzicem, jest się zobowiązanym do dalszego postępowania w ten sposób, chyba że istnieją poważne, skoncentrowane na dziecku powody, by tego nie robić – stwierdza Melissa Moschella, która jest profesorem nadzwyczajnym filozofii na The Catholic University of America, gdzie wykłada na temat prawa naturalnego, etyki biomedycznej oraz moralnego i politycznego statusu rodziny. Jest autorką książki „Do kogo należą dzieci? Prawa rodzicielskie, edukacja obywatelska i autonomia dzieci”.

Co to w ogóle znaczy, dla kontrastu, być dobrą „osobą rodzącą” lub zachowywać się jak ona? Nomenklatura redukuje macierzyństwo jedynie do wielogodzinnego wydarzenia, a pomija głęboką więź, która tworzy się między matką, a dzieckiem pod jej sercem. Takie nazewnictwo nie wskazuje także na żaden związek, który miałby nastąpić po narodzinach.

To ma sens, że liberałowie (świadomie lub nie) redukują więź między matką a dzieckiem do momentu narodzin. Narodziny emancypują dziecko spod fizycznej władzy matki i pozbawiają matkę bezużytecznej, potrzebującej zależności – podsumowuje autor artykułu. 

Dla współczesnych zwolenników lewicowej retoryki ostatecznym kryterium moralnego odwołania jest własne „ja” lub „tożsamość złożona z aktualnych kaprysów i przekonań”, jak pisze Anderson. Jednak nie możemy stwierdzić, że każdy z nas sam siebie stworzył i decyduje o tym, jaki jest. Bowiem jesteśmy tym, kim jesteśmy, w dużej mierze dlatego, że nasi rodzice są tym, kim są.

Absurdalna, ale spójna z lewicową retoryką

Teza, że matki są jedynie „osobami rodzącymi”, może wydawać się wyjątkowo absurdalna. Jest jednak całkiem spójna z innymi teoriami lewicy na temat mężczyzny, kobiety i dziecka. Aborcja bez ograniczeń, pochwała niewierności (osiągająca swe apogeum w koncepcji „otwartych związków”), kultura „seksu bez zobowiązań” lub tzw. „przygód na jedną noc”, wszechobecna pornografia i jej włączenie do edukacji seksualnej dzieci.

Te i inne środki są wykorzystywane w celu oddzielenia seksu od małżeństwa, małżeństwa od dzieci, a dzieci od wychowania. Każda ze składowych tej lewicowej ideologii i „recepty” na szczęście i (źle pojmowaną) wolność, sama w sobie jest szkodliwa, bardziej dla dzieci niż dla dorosłych i bardziej dla kobiet niż dla mężczyzn. 

Cole Anderson zwraca uwagę na to, że taka nowomowa może rozprzestrzenić się na inne prawa, na naszą kulturę, programy szkolne, szkolenia medyczne i pracę społeczną.

Wyobraźmy sobie pokolenie dzieci wychowanych w przekonaniu, że ich rodzice rządzą narzucając swoje zdanie, nie mając żadnej więzi, która trwałaby dłużej niż moment narodzin. Dlaczego dziecko myślące w taki sposób miałoby cierpieć z powodu poleceń mamy i taty? Wyobraźmy sobie pokolenie prawników i sędziów wychowanych tak, by wierzyli w to samo. Dlaczego mieliby oni pozwolić, by młodzi ludzie byli tyranizowani przez kaprysy „osób rodzących” i (nie wiem) „nosicieli spermy”? I dlaczego młodzi dorośli, którzy w przeciwnym razie mogliby założyć rodziny, mieliby czuć się w jakikolwiek sposób zobowiązani wobec istot ludzkich, które ich ciała „wydalają”? Dlaczego, krótko mówiąc, ktokolwiek miałby wybrać macierzyństwo w społeczeństwie, które ma je w pogardzie? – stanowczo pyta Anderson.

 

AM/ThePublicDiscourse.com

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2021