1 grudnia 2022
19 października 2022

Marian Jabłoński: Ks. Jerzy Popiełuszko uważał, że ochrona dzieci nienarodzonych jest zadaniem i powołaniem środowiska medycznego

(fot. arch. Marian Jabłoński/Ks. Jerzy Popiełuszko)

Marian Jabłoński, lekarz i przedstawiciel środowiska medyków, nad którym opiekę duszpasterską sprawował błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko, w wywiadzie dla Marsz.info opowiada o znajomości z ks. Jerzym i ważnej roli, jaką obrona życia nienarodzonych odgrywała w nauczaniu tego wielkiego kapłana. 

Dziś przypada 38. rocznica męczeńskiej śmierci błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki, kapelana warszawskiej „Solidarności”, niezłomnego duchownego , który stawał w obronie uciśnionych i pokrzywdzonych. Jak Pan wspomina osobę księdza Jerzego?

Ksiądz Jerzy Popiełuszko został opiekunem środowiska lekarskiego w Duszpasterstwie Akademickim przy kościele św. Anny w Warszawie i tam go poznałem. Byłem wtedy młodym lekarzem pracującym w szpitalu MON na Szaserów w Warszawie.

Uważał on, że obrona dzieci przed urodzeniem jest zadaniem i powołaniem środowiska medycznego i starał się to wpoić katolickiemu środowisku medycznemu.

Wiosną 1980 r. w siedzibie mazowieckiego oddziału NSZZ „Solidarność” przy ul. Mokotowskiej w Warszawie, odbyła się konferencja dotycząca aktualnego dorobku naukowego w kwestii życia człowieka przed urodzeniem i konieczności jego obrony. Uczestniczyło w niej wiele znanych osób ze środowiska głównie katolickiej inteligencji warszawskiej (o. prof. Jacek Salij, ks. Stanisław Małkowski, dr Emilia Paderewska – Chrościcka i inni).

Po tej konferencji, w której jak mniemam, uczestniczył także ks. Jerzy, spotkałem go ponownie w okolicy Placu Konstytucji. Byłem wtedy z narzeczoną, szukając garnituru na swój ślub. Ksiądz Jerzy, gdy mu o tym powiedziałem, także stwierdził, że poszukuje garnituru, ale dotychczasowe poszukiwania okazały się dla niego daremne. Było to dla mnie pewnym zaskoczeniem, gdyż z racji jego drobnej postury, raczej nie powinien mieć z tym problemu.

Kiedy ks. Popiełuszko został wyznaczony na kapelana „Solidarności” Huty Warszawa, spotykałem się z nim na plebanii w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. W czasie stanu wojennego na plebanii u ks. Jerzego było zawsze sporo ludzi. Na ścianie wisiała mapa Polski i w nią wbite były znaczniki miejsc internowania działaczy „Solidarności”. W tym czasie to sprawa krzywdy ludzkiej, modlitwy o ratunek dla cierpiących ludzi i o wyrwanie Polski z szatańskiego ucisku, a także konkretnej pomocy dla poszkodowanych wychodziła na pierwszy plan. Świadczą o tym sprawowane przez księdza Jerzego, gromadzące rzesze wiernych, Msze święte w intencji Ojczyzny.

Szczególnie jedno zdarzenie z tego okresu zapadło mi w pamięć. Obok salki spotkań był mały pokoik z biblioteczką podręczną.

Zobaczyłem na wierzchu książkę o masonerii polskiej (Wolnomularstwo w II Rzeczpospolitej). Zapytałem go czy mi ją pożyczy. Odpowiedział, że może później, bo sam ją właśnie zaczął czytać. Zauważyłem, że fragmenty z publikacji wykorzystał potem w kazaniu podczas Mszy św. za Ojczyznę.

Ks. Jerzy był orędownikiem godności życia każdego człowieka. W jaki sposób walczył o tę godność? Dlaczego jego działalność spotykała się z tak dużym uznaniem ze strony wielu ludzi?

W związku z niepewną sytuacją roku 1983 atmosfera społeczna zwłaszcza wśród robotników była na krawędzi wybuchu, ks. Jerzy dostrzegał realne problemy i próbował im zaradzić.

Stwierdził wówczas, że po lewej stronie Wisły w Warszawie przygotowywane są trzy ośrodki medycznej pomocy rannym, a po stronie prawej nie ma póki co żadnego. Powiedziałem, że w sposób naturalny można stworzyć taki na Kamionku przy kościele M.B. Zwycięskiej, gdzie zgromadzono leki i materiały opatrunkowe i jest punkt apteczny. Dostałem wtedy od ks. Jerzego, na potrzeby tego ośrodka, między innymi dożylne antybiotyki i francuskie albuminy do wlewów dożylnych.

Chciał mi też dać pieniądze na narzędzia chirurgiczne, ale odpowiedziałem, że sam jako chirurg gromadzę je od dłuższego czasu, a poza tym ich dostępność w sklepach medycznych jest niewielka. Zasugerowałem mu, że na zszywanie mniejszych ran wystarczy to co mam, a większe obrażenia i tak muszą być leczone w szpitalu. Po ustąpieniu groźby krwawego buntu leki te trafiły do pacjentów.

Przy całej tej aktywności ksiądz Jerzy nie zapominał o konieczności obrony dzieci nienarodzonych. Poprosił mnie swego czasu o wygłoszenie prelekcji na ten temat dla osób przychodzących do żoliborskiej parafii.

Przyjechałem i patrzę, a na wiszącym na drzwiach plakacie widnieje moje imię i nazwisko, ale z dopiskiem „Profesor”. Pomyślałem na początku, że może chodzić o inną osobę, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że jest to zaproszenie na moją prelekcję.  

Na pogrzebie ks. Jerzego przemawiał Pan w imieniu pracowników służby zdrowia i wezwał Pan obecnych przy jego trumnie by przyrzekli, że będą bronić życia nienarodzonych. Z jaką reakcją spotkało się to wezwanie?

Ksiądz Jerzy do końca swego życia służył ludziom i upominał się o poszanowanie ich godności, także tych najmniejszych, schowanych pod sercem matki. Uznałem, że takie przyrzeczenie składane przy grobie tego niezłomnego kapłana, będzie zobowiązaniem do realizacji jego duchowego testamentu.

Na moje wezwanie rzesza ludzi zgromadzona przy trumnie ks. Jerzego odpowiedziała po trzykroć: Przyrzekamy!

Ubolewam jednak, patrząc na obecne czasy, pełne pogardy dla życia ludzkiego, że tak niewiele zostało z tych przyrzeczeń. Podobnie jak z nauką św. Jana Pawła II, którego tak wielu kojarzy jedynie z „kremówkami”. 

Jak znajomość ks. Jerzego, włączonego w poczet błogosławionych Kościoła, wpłynęła na Pańskie życie? 

Jeśli pojawiają się w moim życiu jakieś wątpliwości natury moralnej i nie wiem do końca jak się zachować w danej sytuacji, zaraz pojawia się u mnie myśl: a co na to ks. Jerzy? Jego osoba często przywołuje mnie do porządku i kiedy jest to konieczne, także dyscyplinuje.

Muszę także dodać, że ks. Jerzy pomagał czasem mi i mojej licznej rodzinie, przysyłając przez naszych znajomych paczki z darów przychodzących do parafii św. Stanisława.

Doświadczyłem jego pomocy także po jego męczeńskiej śmierci.

W dniu wizyty papieża Jana Pawła II na Westerplatte, planowałem koniecznie tam być, by uwiecznić to wydarzenie na fotografiach. W tym celu uzyskałem specjalną akredytację dziennikarską.

Poprosiłem personel hotelu w Gdyni, w którym się wówczas zatrzymałem, aby z rana ktoś mnie obudził. Jakież było moje zdziwienie i frustracja, gdy rankiem wyszedłem przed hotel i zobaczyłem pusty parking. Wszyscy pojechali już na uroczystości, a ja zostałem zupełnie sam.

Sytuacja wydawała mi się beznadziejna. Zacząłem się gorliwie modlić o pomoc do ks. Jerzego Popiełuszki. Nie minęło 5 minut i po chwili podjechała na parking Nysa, wojskowa Czołówka Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Początkowo załoga stwierdziła, że nie mają już miejsca i mnie nie zawiozą, ostatecznie kazali czekać na szefa. Po raz kolejny poprosiłem ks. Jerzego o pomoc. W końcu szef załogi się zgodził i tak udało mi się dotrzeć na Westerplatte. Udało mi się nawet zająć bardzo dogodne miejsce w drugim rzędzie krzeseł przed ołtarzem, gdzie nawet inni dziennikarze nie mieli dostępu. To była iście niebiańska interwencja. Dziękuję Ci święty Jerzy

Dziękuję za rozmowę.

Olimpia Jabłońska-Kraska

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2022