3 marca, 2024
11 lipca, 2023

Tysiące polskich dzieci zginęło z rąk UPA i inspirowanych przez nich Ukraińców. Dziś 80. rocznica ludobójstwa na Wołyniu

(fot. youtube.com, IPN tbPL, 1943 Zbrodnia Wołyńska – Prawda i Pamięć, screen shot.)

Dziś przypada 80. rocznica „krwawej niedzieli”, kiedy w 1943 roku Ukraińska Powstańcza Armia przeprowadziła skoordynowany atak na Polaków zamieszkujących 150 miejscowości na Wołyniu. Nie oszczędzano nawet noworodków, dzieci i kobiet. „Istotna jest nie tylko liczba, ale też rodzaj śmierci, okrucieństwo tego mordu. Było to działanie zaplanowane, działanie świadome” – mówi prof. Tomasz Głowiński, historyk.

To była niedziela 11 lipca. Ukraińcy wykorzystali święto, kiedy Polacy gromadzili się w kościołach, by uderzyć. Otoczyli świątynie i mordowali zgromadzonych tam Polaków, okrążali wsie. Ukraińska Powstańcza Armia dokonała skoordynowanego ataku na 150 miejscowości. Ten dzień został nazwany „krwawą niedzielą”. 

Właśnie dziś obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa przeprowadzonego przez Ukraińców na obywatelach II RP. Akcją dowodziła Ukraińska Powstańcza Armia. 

UPA była zbrojnym ramieniem jednej z frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), której przewodził Stepan Bandera. W mordach brała też udział ukraińska ludność cywilna, która atakowała polskich sąsiadów.

Ataki z 11 i 12 lipca 1943 roku były kulminacją ludobójstwa, ale UPA już wcześniej, bo od 1939 roku aż do 1947 mordowała polską ludność. 

Szacuje się, że na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej i innych terenach zamieszkiwanych przez Polaków jedną czwartą zamordowanych stanowiły dzieci, a więc ok. 30 tysięcy. Były to zarówno noworodki, jak i dzieci kilkuletnie.

Znacznie więcej straciło część lub całą rodzinę, leczyło się z ran i do końca życia borykało się i boryka z przeżyciami, które były ponad wytrzymałość dziecięcej psychiki, a nieraz z ciężkim położeniem spowodowanym przez zbrodnie – wskazała Ewa Siemaszko, badacz ludobójstwa na Wołyniu.

Niektórym dzieciom udało się przeżyć. Jednak ich życie było naznaczone traumą, jaką przeżyły, widząc skalę okrucieństwa i męczeństwa. 

Trzyletniego Franciszka uratowała matka. Cała wioska płonęła, matka wyniosła go z piwnicy, gdzie z pewnością zginąłby.

Najpierw mama wyniosła brata, który miał 6 tygodni, później wyniosła mnie, nieprzytomnego, a najstarszy brat wyszedł sam, mając 9 lat – wspomina w rozmowie z Telewizją Trwam. 

O ludobójstwie mówiono również w zaciszu rodzin. Ci, którym udało się przeżyć te wydarzenia, przekazywali swoim dzieciom i wnukom prawdę o Wołyniu i innych miejscach martyrologii Polaków.

Genocidium Atrox. Ludobójstwo ze szczególnym okrucieństwem

Polacy byli nie tyle zabijani, co męczeni na śmierć. UPA opracowała kilkaset sposobów zadawania śmierci. Polacy przechodzili prawdziwe, długie męczeństwo i tortury; od rozrywania ciał, odcinana jego części, zrywania skóry, przybijania do płotów, desek, wykłuwania bagnetem oczu, palenia żywcem. Kobietom w ciąży rozcinano brzuchy, wyrywano dzieci i zaszywano tam np. koty.

Istotna jest nie tylko liczba, ale też rodzaj śmierci, okrucieństwo tego mordu. Było to działanie zaplanowane, działanie świadome – mówi w rozmowie z TV Trwam prof. Tomasz Głowiński, historyk.

Dzieci były świadkami tego męczeństwa dorosłych i same go doznawały. Główkami niemowląt uderzano o futryny, zabijano dzieci siekierą, nabijano je na sztachety płotu, przybijano gwoździami do drzwi…

Nie jestem mściwa ani na Niemców, ani na Banderowców, nie jestem mściwa, żeby ich skrzywdzić, odpłacić im, broń Boże. Dzięki Panu Bogu! Nie mogę tego zapomnieć, tak mnie serce boli, taki wielki żal, dlaczego taka nieprawość? Przecież oni też niby byli chrześcijanami – powiedziała Anna Osińska w cyklu filmów „Dzieci Wołynia”. 

Te dzieci, które zdołały przeżyć, były często ciężko ranne, jeszcze silniej była poraniona ich psychika. Wiele dzieci trwało przy martwych rodzicach, inne samotnie błąkały się po lesie, jeszcze inne były przygarniane przez uciekających ze wsi Polaków. Nawet, jeśli udało im się uciec, jeśli były leczone, często umierały z powodu traumy, jakiej doświadczyły.

Niektóre dzieci przygarnęły również rodziny ukraińskie, które tym samym narażały się banderowcom.

Zdarzało się, że błąkającymi się czy tkwiącymi w jednym miejscu w przestrachu sierotami zajęły się rodziny ukraińskie, narażając się poważnie banderowcom. Musiały znalezione dzieci ukrywać, udawać, że to ich własne lub z dalszej rodziny, zanim nie znalazł się polski opiekun. Niektóre w tych ukraińskich rodzinach pozostały. Wtedy musiały nauczyć się ukraińskich modlitw, płynnej mowy i zwyczajów, by nie zdradzić swego pochodzenia, które z czasem zacierało się w ich pamięci. Otrzymywały nawet nazwisko przybranych rodziców. Obok sytuacji, gdy nowi ukraińscy rodzice obdarzyli dziecko takim uczuciem, że nie chcieli go oddać dalszej rodzinie, która je odnalazła (tak było z kilkumiesięczną córeczką nauczyciela Jana Jusufa zamordowanego z żoną i pozostałymi dziećmi we wsi Kamienna w pow. Sarny), zdarzały się całkiem odwrotne: zabranie dziecka, by wykonywało niewolniczą pracę w gospodarstwie, złe traktowanie, bicie, poniżanie i głodzenie. Takiego losu doznała ośmioletnia Rozalka Bojko z kolonii Teresin (pow. Włodzimierz). Na szczęście odszukał ją i odebrał stryj – opisała Ewa Siemaszko.

Jak podkreśliła Ewa Siemaszko w artykule „Piekło polskich dzieci” opublikowanym na łamach „Uważam Rze. Historia”, niechęć Ukraińców do Polaków jeszcze przed ludobójstwem odzwierciedlała się już w relacjach dzieci. 

Ze świata dorosłych nienawiść przeniknęła do świata dziecięcego. W miasteczku Pistyń w powiecie Kosów woj. stanisławowskiego już pod koniec lat 30. dzieci zaczęły demonstrować pogardę wobec polskich kolegów: “Córka sąsiada Ukraińca (…) opluła swoją rówieśniczkę Polkę, mówiąc do niej szyderczo “Ty Polko”. Podobna atmosfera była w tym czasie w okolicy Chołoniewicz na Wołyniu (pow. Łuck), gdzie ukraińscy chłopcy pasący krowy w lesie dotkliwie bili polskie dzieci idące do kościoła i śpiewali “Mazury do dziury, Polaki do sraki, mużyki do neba, bo ich tam potreba”. Nieprzyjazne i groźne gesty odczuwane były przez dzieci jako niezrozumiałe wyrzucenie z dotychczasowego środowiska i poniżenie. A był to dopiero początek gehenny – dodała Siemaszko. 

Trudno do dziś oszacować skalę ludobójstwa i pełną liczbę zamęczonych Polaków. Ocenia się, że jest to liczba od 120 tys. Niektórzy historycy mówią o większej liczbie, nawet do 200 tys. Polaków. Ich szczątki wciąż znajdują się w licznych zbiorowych mogiłach, które dziś porastają lasy, znajdują się tu bagna i pola uprawne. Z biegiem czasu umierają również ostatni świadkowie tamtych wydarzeń, ci którzy widzieli, gdzie wrzucano ciała zamęczonych Polaków. 

Władze Ukrainy nadal nie zezwalają Polakom na przeprowadzenie ekshumacji naszych rodaków, którzy zostali zamordowani przez UPA. Wydobyto niewiele ciał, które mają swoje groby i miały katolicki pogrzeb.

Szacuje się, że w bezimiennych mogiłach pozostaje nawet 95 proc. zamordowanych. Wiele miejsc pochówku nadal nie jest zidentyfikowanych. Rodziny zamordowanych przez Ukraińską Powstańczą Armię domagają się jedynie prawdy i pamięci, a przede wszystkim możliwości odnalezienia szczątków swoich bliskich i godnego pochowania ich. „Nie o zemstę, lecz o pamięć i prawdę wołają ofiary”, to zdanie najczęściej towarzyszy krewnym ofiar. 

AG/nawolyniu.pl, za „Uważam Rze. Historia”, nr 1/2012, 12.04.2012, radiomaryja.pl, ipn.gov.pl/

 

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

Polityka prywatności i plików cookies

© Centrum Życia i Rodziny 2023