2 grudnia 2022
4 października 2022

Nie byłoby mnie, gdybym nie była tak bardzo kochana! Jej mama oddała za nią życie. Dziś jest świętą!

(fot. wikimedia commons/Nheyob/CC BY-SA 4.0,/Gianna Beretta Molla)

Św. Joanna Beretta Molla zmarła tuż po porodzie, gdyż nie zdecydowała się na operację w formie mogącej zagrażać jej córce. Dziś Gianna Emanuela jest dorosłą kobietą, której budujące świadectwo pokazuje, jak wielką wartością jest życie oraz miłość.

Patrząc czysto po ludzku – dramat. Spoglądając z perspektywy wiary – triumf. Kolejnej ciąży Joanny Beretty Molli towarzyszył włókniak. Jego usunięcie w sposób niezagrażający dziecku powiodło się, jednak wkrótce po porodzie kobieta – zaopatrzona w Sakramenty święte – zmarła, wcześniej wyrażając swoją wolę: Jeśli trzeba będzie wybierać między mną, a dzieckiem, wybierzcie dziecko, nie mnie. W ostatnich chwilach cierpiała i prosiła Matkę Najświętszą o zabranie jej do nieba. Papież Jan Paweł II ogłosił ją błogosławioną, a później świętą.

Silvia Lucchetti z portalu Alateia w roku 2021 na Marszu dla Życia poznała jej córkę – Giannę Emanuelę, która zgodziła się zaprezentować swoje świadectwo. Bije z niego wielka miłość i wdzięczność do Pana Boga za rodziców, którzy przekazali jej za dar życia.

Nie byłoby mnie, gdybym nie była tak bardzo kochana! Dar życia jest naprawdę największym, najcenniejszym i najświętszym darem, godnym czci, poszanowania i obrony – pisze córka świętej opisując wielką miłość między jej rodzicami. Państwo Molla pisali do siebie codziennie, gdy mąż musiał przez kilka miesięcy przebywać w USA.

Moi rodzice, oddaleni o tysiące kilometrów, byli sobie niezwykle bliscy dzięki gorącej miłości, która ich połączyła i żarliwej modlitwie za siebie nawzajem – wspomina Gianna Emanuela cytując także wzruszającą modlitwę jej podróżującego taty. Oto jej fragment:

Jezu, który mnie stworzyłeś i utrzymujesz mnie przy życiu, udzielając bezgranicznych łask i błogosławieństw: Ty, który pośród niegdysiejszych i obecnych podniebnych podróży obdarzyłeś mnie wspaniałą żoną – ona jest niczym cudowny świt, który można podziwiać tylko stąd – i dwoma skarbami, wspaniałymi jak niebo w pełni swojego przepychu, który można podziwiać tylko stąd; Ty, który niedługo obdarzysz nas kolejnym skarbem, wysłuchaj mojej modlitwy: Pobłogosław Joannę i nasze skarby! Zamień w łaski niepokój i obawy z powodu mojego długiego oddalenia i moich podróży. Wysłuchaj dzisiaj i zawsze modlitw Joanny, mojego Gigetto, mojej mamy i wszystkich, którzy mnie kochają! Miej wzgląd na złożone rączki mojej Marioliny! Obdarz mnie łaską szczęśliwego powrotu! – czytamy.

W odpowiedzi Święta odpowiedziała mężowi: „Jesteś moim najdroższym i najczulszym mężem – jesteś jak największy i najcenniejszy na tej ziemi brylant…”. Widzimy więc, że wielka miłość nie jest absolutnie żadną przeszkodą do świętości, szczególnie, że i małżonek wyniesionej do Chwały Ołtarzy cieszy się wspaniałą opinią.

Ojciec Gino Dalpiaz, mający nabożeństwo św. Joanny pisał w liście do jej córki: „Istotą tego wszystkiego jest to, co piszesz na s. 5: Znajomość sylwetki taty pozwala jeszcze lepiej poznać mamę. W chrześcijańskiej antropologii mężczyzna i kobieta – mąż i żona – wzajemnie się uzupełniają. Potrzebują siebie nawzajem, by się dopełniać i stawać się bardziej mężczyzną i bardziej kobietą. Bez twojego ojca twoja matka nigdy nie stałaby się kobietą, jaką się stała, świętą. Zabrakłoby jej czegoś naprawdę cennego i wyjątkowego. U św. Joanny Beretty Molli czuje się wpływ jej drogiego Piotrusia. Twój ojciec naprawdę był świętym człowiekiem”. Gianna Emanuela opiekowała się tatą w ostatnich latach jego życia.

Pierwszym i najważniejszym inspiratorem procesu beatyfikacyjnego mamy był Jego Świątobliwość św. Paweł VI, jak powiedział bp. Carlo Colombo, zwany teologiem Pawła VI. Historię życia i śmierci mamy poznał, kiedy był arcybiskupem Mediolanu – wspomina córka świętej zauważając, że biografię jej mamy napisał tata.

Oto jej początek: Życie matki jest wiecznym aktem i czynem wiary i miłości, jest nieustannym poszukiwaniem – w odniesieniu do każdej decyzji i każdego uczynku – woli Boga, przez modlitwę, medytację, mszę świętą i Eucharystię, jest ciągłym spełnianiem nakazów i rad ewangelicznych, także tych, które wymagają wspięcia się na szczyty powinności, apostolstwa i miłości – zawsze, nawet wtedy, kiedy ofiara, która z tego wynika, jest ofiarą z własnego życia.

Córka świętej zauważa, że jej mama stała się przykładem dla młodych matek, narzeczonych, lekarzy i całych rodzin. Dobra za jej wstawiennictwem doznają ludzie na całym świecie. Dlatego też Gianna Emanuela – opierając się na przemyśleniach taty – mówi, że śmierć jej mamy spowodowała, że zamiast czynić dobro wyłącznie bliskim, rodzinie, pomaga potrzebującym na całym globie.

Straciłam już rachubę wszystkich łask udzielonych ludziom na całym świecie za jej wstawiennictwem! Przykład jej chrześcijańskiego życia i śmierci przynosi Panu chwałę i cześć. Przez swoje potężne wstawiennictwo ona nadal chwali Pana, a Pan Bóg za jej pośrednictwem ukazuje swą nieskończoną miłość do nas – pisze córka św. Joanny – patronki matek, lekarzy oraz nienarodzonych dzieci.

Bardzo wiele osób modli się za wstawiennictwem św. Joanny Beretty Molli i otrzymują upragnioną łaskę – i to nawet po wielu latach lub poronieniach!

Małżonkowie, którzy otrzymali od Boga łaskę potomstwa, dzielą się ze mną ogromną radością, dziękują Bogu i pragną świadczyć o otrzymanej łasce, w przekonaniu, że skoro im udało się począć dziecko po tylu latach małżeństwa, ludzie uwierzą, że Pan Bóg czyni cuda także dzisiaj. Piszą do mnie z głęboką wdzięcznością dla mamy za to, że zmieniła ich życie. Piszą, że ją kochają, że stała się członkiem ich rodzin i pragną krzewić nabożeństwo do niej, aby dzięki jej wstawiennictwu wiele innych osób otrzymało szczególne łaski – czytamy w świadectwie Gianny Emanueli.

Najwyższa ofiara, którą uwieńczyła swe życie, świadczy o tym, że tylko wtedy człowiek może się zrealizować, gdy ma odwagę całkowicie poświęcić się Bogu i braciom – powiedział Jan Paweł II podczas kanonizacji Joanny Beretty Molli, drugiej świętej z diecezji mediolańskiej po św. Karolu Boromeuszu (kanonizacja 1610), ostatniej świętej wyniesionej do Chwały Ołtarzy przez papieża-Polaka i zarazem jedynej w dziejach Kościoła, której mąż uczestniczył w kanonizacji. Druga połówka „świętej codzienności” miał wówczas 92-lata.

Sekretem jej sukcesu, za jaki każdy katolik winien uznawać świętość, była wiara – dar od rodziców, który pielęgnowała i rozwijała życiem sakramentalnym i poprzez Słowo Boże. Jej rodzice byli pobożnymi tercjarzami franciszkańskimi, a Joanna była dziesiątą z trzynaściorga ich dzieci. Część z rodzeństwa ofiarowała swoje życie na służbę Panu Bogu.

Ze świadectwa córki świętej wynika, że istotnym doświadczeniem w życiu jej mamy były rekolekcje, w trakcie których zapisała: „Chcę wystrzegać się grzechu śmiertelnego jak węża; i powtarzam: wolę umrzeć tysiąc razy, niż obrazić Pana”. Później, jako studentka medycyny, angażowała się w Akcję Katolicką oraz pomoc potrzebującym. Z miłości do bliźniego wybrała zresztą swój zawód.

„Nam (lekarzom) zdarzają się okazje, które nie zdarzają się kapłanom. Kiedy leczenie przestaje pomagać, nasza misja wcale się nie kończy. Trzeba zaprowadzić duszę do Boga i nasze słowa mają autorytet. Każdy lekarz powinien przekazać go (chorego) kapłanowi. Jak bardzo potrzebni są katoliccy lekarze!” – napisała kiedyś późniejsza święta codziennie modląca się na Różańcu i wielką czcią otaczająca Matkę Najświętszą. Jej o 10 lat starszy mąż również był głęboko wierzącym katolikiem z rodziny wielodzietnej. Gdy połączyła ich miłość byli już ludźmi dojrzałymi – ona miała 33, a on 43 lata. Po około 1,5 roku – pod koniec 1957 – na świat przyszło ich pierwsze dziecko. W sumie urodziła 4 pociechy – niestety dwie ciąże zakończyły się poronieniem.

Kiedy przepisywałam listy taty i mamy (…) zdałam sobie sprawę z tego, że ich miłość była tak wielka, i mogła być tylko tak wielka, tak głęboka i tak prawdziwa, ponieważ Pan Bóg i Matka Boża stanowili integralną część ich życia, podobnie jak wcześniej, zanim się spotkali. Myślę, że ich droga do świętości musiała zacząć się wcześniej – uważa córka świętej Joanny Beretty Molli.

Jesienią roku 1961, gdy włoska lekarka była w drugim miesiącu ciąży, stwierdzono u niej niezłośliwy nowotwór macicy zwany włókniakiem. „W tej groźnej sytuacji mogła wybrać jedno z trzech rozwiązań: usunąć włókniak, przerwać ciążę i odebrać sobie możliwość zajścia w ciążę w przyszłości (rozwiązanie najpewniejsze i najmniej ryzykowne dla jej życia wtedy i na przyszłość); usunąć włókniak, przerwać ciążę i zachować możliwość zajścia w ciążę w przyszłości (rozwiązanie najpewniejsze i najmniej ryzykowna dla jej życia wtedy, ale nie na przyszłość) lub usunąć włókniak, nie przerywać ciąży i zachować możliwość zajścia w ciążę (rozwiązanie najbardziej ryzykowna dla jej życia wtedy i na przyszłość). Wybrała to trzecie” – pisze w świadectwie cytowanym przez portal Alateia córka św. Joanny.

Jej brat, a mój wujek, ks. Giuseppe, zawsze powtarzał, że najważniejszą decyzję mama podjęła w tamtym momencie. Przed zabiegiem usunięcia włókniaka, absolutnie świadoma tego, że z utrzymaniem ciąży wiąże się ryzyko, że wykonany na macicy na początku ciąży szew rozejdzie się, prowadząc do rozerwania macicy, co będzie śmiertelnym zagrożeniem dla niej, ale także dla dziecka, błagała chirurga, by ocalił życie, które nosi w łonie, moje życie i całą ufność złożyła w Opatrzności. Moje życie zostało uratowane. Mama dziękowała Bogu i przez kolejne siedem miesięcy do porodu gorliwie spełniała swoje powinności matki i lekarza, wykazując się niezrównanym hartem ducha, jak powiedział tata – dodaje.

„Kilka dni przed porodem, nie tracąc zaufania do Opatrzności i nadziei, że Bóg ocali także ją, poczuła się gotowa oddać życie za mnie i powiedziała o tym tacie, tonem zdecydowanym, ale pogodnym: Piotrze, jeśli będziecie musieli wybierać między mną a dzieckiem, nie wahajcie się: wybierzcie – żądam tego – dziecko. Ocalcie dziecko” – pisze zauważając, że jej tata uważał uszanowanie woli żony za swój obowiązek. Po porodzie Joanna, późniejsza święta, z miłością spoglądała na swoje dziecko, które trzymała w ramionach, cierpiąc z powodu świadomości, że nie będzie w stanie go wychować. Wkrótce stan kobiety się pogorszył, pojawił się potężny ból i gorączka.

Po kilku dniach nastąpiła agonia, z której jednak Joanna wyszła. „Widzisz Piotrze, już wyzdrowiałam. Byłam już po drugiej stronie. Gdybyś wiedział, co widziałam. Kiedyś ci opowiem. Ale ponieważ byliśmy zbyt szczęśliwi z naszymi wspaniałymi dziećmi, zdrowymi i pełnymi łaski, ze wszystkimi błogosławieństwami Nieba, odesłali mnie jeszcze tutaj, żebym trochę pocierpiała, ponieważ nie można stanąć przed Panem bez cierpienia. (…) Jestem pewien, że odtąd Joanna, w swoim cierpieniu, w swojej agonii, nie przestała rozmawiać z Jezusem i pozostała w stałej łączności z Niebem. Przestała prosić, bym ją przytulał i całował, należała już do Nieba” – pisze Gianna Emanuela Molla opierając się na świadectwie taty. Jak dodaje, w trakcie agonii mama powtarzała: Jezu, kocham Cię! Przyjmowała także Komunię świętą. Nieco ponad tydzień po porodzie, zgodnie ze swoją wolą, przewieziono ją do domu, gdzie zmarła w łożu małżeńskim. Miała tylko 39 lat!

Gianna Emanuela Molla wyznaje, że w młodości miała wyrzuty sumienia względem mamy i rodzeństwa, jednak tata wyjaśnił jej, że zdaniem Joanny najmłodsza córka miała takie samo prawo do życia jak jej starsze rodzeństwo, zaś w sprawie wychowania wszystkich pociech zaufała Bożej Opatrzności i rodzinie. Dlatego też córka świętej mówi, że mama dała jej życie dwa razy: w chwili poczęcia oraz w momencie podjęcia decyzji, że mimo wszystko dziecko przyjdzie na świat.

Tata mówił, że gdyby podjęła inną decyzję, mogłaby przeżyć 100 lat, oczywiście z Bożą pomocą: nie miała raka, tylko nowotwór niezłośliwy. Zastanawiając się nad tym i myśląc o jej wielkiej radości życia, zrozumiałam, jak bardzo się za mnie poświęciła, podążając za nauczaniem i przykładem Jezusa. Nie ma większej miłości niż ta, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich – zauważa Gianna Emanuela.

Pan Bóg chciał, by moi rodzice przeżyli razem jako małżonkowie i rodzina jedynie sześć i pół roku. Potem mama odeszła do nieba. Przez kolejne 48 lat życia taty mama nie była obecna widzialnie, ale mimo to pozostali jednym sercem i jedną duszą, złączeni duchowo i w pełnej jedności. To prawda, że prawdziwa miłość, miłość, która trwa wiecznie, jest silniejsza niż śmierć! – pisze córka świętej i pobożnego mężczyzny, po którego śmierci emerytowany arcybiskup Mediolanu kard. Martini napisał: „Całym sercem uczestniczę w żałobie po śmierci inż. Molli, małżonka św. Joanny. Ona na pewno z wielką radością przyjęła go w niebie, akurat tuż przed Wielkanocą”.

Życie moich świętych rodziców uczy mnie, że droga krzyżowa z pewnością jest właściwą drogą, która pewnego dnia zaprowadzi nas do radości nieba, do radości oglądania Boga w wieczności – stwierdza w swoim świadectwie opublikowanym po polsku przez pl.aleteia.org.

MWł/pl.aleteia.org

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2022