19 lipca, 2024
11 marca, 2022

Emancypacja czy zagubienie? Gdzie prowadzi walka o prawa kobiet

(fot. unsplash.com/natalie-hua, zdjęcei ilustracyjne)

Trudno nie zauważyć, jak bardzo współczesny świat jest nakierowany na kobiety i jak sprzyja im w zdobywaniu coraz większego wpływu na rzeczywistość. Już od ponad stu lat kobiety w Polsce cieszą się prawami wyborczymi. Są lepiej wykształcone niż polscy mężczyźni, a luka płacowa między kobietami a mężczyznami jest jedną z najniższych w Europie. Dużą wagę przykłada się również do wprowadzania w instytucjach planów równości płci, a przemoc wobec kobiet nie jest już tematem tabu.  

Dziś prawdziwego zagrożenia dla kobiet nie stanowią bynajmniej opresyjne systemy polityczne ograniczające ich prawa ani patriarchat. Te najbardziej realne zagrożenia pojawiają się raczej w sferze duchowej i psychicznej, atakując od wewnątrz sedno kobiecej natury: relacyjność, powołanie do macierzyństwa i niezwykłą kobiecą wrażliwość. Niszcząc wyjątkowość kobiet, odbierają im godność i wikłają w wyimaginowane wojny. 

KULT NIEZALEŻNOŚCI 

Na pierwszy front społecznych konfliktów od kilku lat wysuwają się właśnie wojny o prawa kobiet, a zwłaszcza przewrotnie nazywane „prawa reprodukcyjne”. W agresywnej i często wulgarnej formie na polskich ulicach kobiety manifestują swoje poglądy i walczą – w swoim mniemaniu zapewne słusznie – z państwem, które chce „decydować o ich ciałach”.  

Ten postulat niezależności kobiet wydaje się być wspólną wartością protestów. Bardzo silnie przejawia się też na co dzień: kobiety są przekonywane, że powinny być niezależne od swoich mężów, zarówno finansowo, jak i mentalnie. Nie mogą dać się zdominować i podporządkować, a kariera zawodowa i wysokie zarobki są niezbędnym zabezpieczeniem na wypadek, gdyby mąż miał okazać się wiarołomny i odejść albo odwrotnie, gdyby to kobieta chciała „odzyskać wolność”, odchodząc od męża.

Niezależność to po prostu bardzo modna cecha, której wymaga się od nowoczesnych kobiet. Ten trend urósł do rozmiarów, przy których można już chyba stwierdzić, że wśród kobiet mamy do czynienia z prawdziwym kultem niezależności.  

POWOŁANIE DO RELACJI – SEDNO KOBIECEJ NATURY 

Ale jak każde pomieszanie priorytetów i ustawienie na piedestale kogokolwiek czy czegokolwiek innego niż Bóg, tak i to prowadzi do mnożenia problemów i zagubienia. Wynosząc na pierwsze miejsce niezależność, która ma być dla kobiet ochroną przed ewentualnym zagrożeniem ze strony mężczyzny, uderzamy w podstawę kobiecej natury – relacyjność.  

Już w biblijnym opisie stworzenia człowieka kobieta i mężczyzna są połączeni w relacji – kobieta zostaje stworzona jako podobna mężczyźnie, ciało z jego ciała – aby dzieliła z nim radości i trudy życia. Otrzymują w sobie nawzajem właściwą dla siebie „pomoc”, gdyż żadne z nich w pojedynkę nie może samo sobie wystarczyć.  

Mężczyzna i kobieta tworzą związek, w którym wchodząc w niezwykle bliską relację, mogą wspierać się w każdym aspekcie. Związana z tą bliską relacją zależność jest oczywista – wpływamy wzajemnie na swoje uczucia, wspieramy się w trudnościach i wspólnie przeżywamy radości, a co najważniejsze wspólnie jesteśmy również powołani do stworzenia czegoś więcej niż związek dwóch osób – do założenia rodziny. Pojawia się kolejna niezwykła i właściwa kobiecej naturze relacja – macierzyństwo. Więź matki z dzieckiem jest oczywiście niezbędna dla małego człowieka, który wymaga opieki i wychowania, ale ta sama więź na nowo definiuje również kobietę, stawiając ją w nowej roli. 

Kult niezależności niszczy w kobiecie właśnie to powołanie do bycia w relacji, i to zarówno w relacji z mężczyzną, jak i w relacji matczynej wobec dziecka. Z jednej strony przedstawia on mężczyzn jako zagrożenie, a przez to utrudnia podejmowanie zobowiązań i definitywnych wyborów życiowych. Już dziś mocno wybrzmiewają głosy przedstawiające małżeństwo jako „koniec wolności”, a statystyki wyraźnie pokazują nieubłaganą rzeczywistość: z roku na rok spada liczba zawieranych małżeństw, a rośnie liczba rozwodów 

Z drugiej strony kult niezależności uderza także w relację matki i dziecka. Macierzyństwo jest przedstawiane jako przejaw zacofania lub ograniczenie wolności kobiety, a kreowane przez media wzorce kobiecości nie sprzyjają propagowaniu samorealizacji w byciu żoną i mamą. Na pierwszy plan społecznej debaty wybijają się natomiast hasła takie jak „moje ciało, moja sprawa” i promocja „praw reprodukcyjnych”. Zamiast wzorca kobiety-matki i opiekunki, pełnej miłości, choć przecież nie wolnej od trudów, mamy wzorzec kobiety walczącej o prawo do aborcji, prawo do ucieczki przed macierzyństwem, często posuwającej się do wulgaryzmów i eksponującej swoją agresywną stronę.  

Niezależność jest więc postrzegana jako czynnik ochronny, a jednocześnie siła kobiet, dająca im wreszcie wolność – wyzwolenie od patriarchalnych i opresyjnych norm społecznych. 

WOJNA PŁCI 

Coraz mocniejsze wchodzenie w retorykę walki o prawa kobiet pokazuje również inne, powiązane z kultem niezależności zagrożenie. Jest nim „wojna płci” stawiająca kobiety i mężczyzn w nieprawdziwej opozycji, jako przeciwników zarówno w dostępie do dóbr i pozycji społecznej, jak i w sferze prywatnej. Kobieta i mężczyzna z partnerów stają się wrogami, którzy na każdym polu muszą walczyć o wpływy i pierwszeństwo.  

Ten mocno promowany konflikt ma swoje negatywne konsekwencje w funkcjonowaniu całego społeczeństwa. Wpływa na stopniową marginalizację i dyskryminację mężczyzn, także w wymiarze formalnym. W instytucjach czy na uczelniach coraz częściej mamy do czynienia z tzw. pozytywną dyskryminacją, czyli np. wprowadzaniem osobnej puli miejsc dla grup rzekomo niedostatecznie reprezentowanych – czyli kobiet.

Choć celem tej praktyki jest wyrównanie szans edukacyjnych czy zawodowych, w rzeczywistości oznacza ona faktyczną dyskryminację grupy uważanej za uprzywilejowaną, czyli w tym wypadku mężczyzn. Pozytywna dyskryminacja pociąga za sobą jednak negatywne skutki także wobec samych kobiet, które jako żony czy córki również cierpią na sytuacji, gdy mężczyźnie trudniej jest zdobyć dobre wykształcenie czy pracę.  

W odwecie za uciskający kobiety patriarchat wprowadzamy więc matriarchat, w którym tym razem dla odmiany grupą dyskryminowaną są mężczyźni. Dalsze konsekwencje tej zmiany to choćby szeroko omawiany dziś kryzys męskości, który niszcząc rodziny i promując plagę nieodpowiedzialności i niedojrzałości, również negatywnie dotyka kobiet.

Wojna płci wchodzi wreszcie w naszą sferę prywatną, wpływając na relacje między małżonkami. Retoryka wrogości i wmawianie kobietom rzekomego ucisku (choć opiera się oczywiście na pewnych rzeczywistych podstawach, ale dziś już raczej nieaktualnych) prowadzi do nasilenia konfliktów oraz niszczenia więzi i bliskości między mężem a żoną.  

Remedium na te zagrożenia może być Boże spojrzenie na kobiety, które możemy znaleźć np. w nauczaniu św. Jana Pawła II:

Kobiecość odnajduje siebie w odbiciu męskości, podczas gdy męskość potwierdza się przez kobiecość.

Obie płcie muszą funkcjonować jako komplementarna całość, a nie skonfliktowane strony nastawione przeciw sobie. Tylko wtedy zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają szanse w pełni zrealizować swoje człowieczeństwo. A choć kobiety i mężczyźni zostali stworzeni jako równi sobie, aby żyć w głębokiej wspólnocie, nie oznacza to, że kobiety powinny dążyć do bycia w każdym aspekcie takimi samymi jak mężczyźni. Takie równościowe podejście zubaża kobiecą godność, zniekształcając lub niszcząc niepowtarzalne bogactwo i wewnętrzną wartość kobiecości. 

 

Aleksandra Gajek/Centrum Życia i Rodziny

 

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

Polityka prywatności i plików cookies

© Centrum Życia i Rodziny 2023