27 listopada 2022
22 sierpnia 2021

Aborcje to wielki biznes. Jeśli jednak kobieta otrzyma wsparcie, najczęściej wybiera życie

(fot. Facebook/Kathy Sparks Lesnoff)

„To był wielki biznes, który pozwalał zarobić ogromne pieniądze, oto, czym właśnie to było” – mówi o pracy w ośrodku aborcyjnym Kathy Sparks, była pielęgniarka. Dziś wspiera kobiety, które rozważają zabicie własnego dziecka.

Widziałam ramiona, ręce, nogi dzieci. Widziałam je. A mimo to moje serce było tak bardzo, bardzo twarde. Zarabiałam bardzo dużo i należałam do szczególnego świata. Cały czas powtarzałam, że pomagam kobietom – wyznaje Kathy Sparks Lesnoff, pielęgniarka, która przez wiele lat w asystowała przy aborcjach w jednej z klinik w Illinois.

W latach 80-tych Sparks jeszcze nie była dyplomowana pielęgniarką. Pilnie poszukiwała pracy, by móc opłacić studia i utrzymać rodzinę. Ogłoszenie znalazła w jednej z klinik aborcyjnych w stanie Illinois. Płacili bardzo dobrze a Kathy była zwolenniczką tzw. „wolnego wyboru”.

Początkowo została przydzielona do asystowania w sali operacyjnej. Pomagała tam, gdzie była taka potrzeba, odbierała także telefony. Wspomina, że od początku było dużo pracy. Każdego dnia wykonywano 40 aborcji. W soboty przyjmowano 60 dziewcząt i kobiet. Zasada była jedna, opowiada: „nie można było odesłać żadnej kobiety do domu. Istniało ryzyko, że ktoś przekona ją do zatrzymania dziecka, albo kobieta pójdzie do innego ośrodka”.

To był wielki biznes, który pozwalał zarobić ogromne pieniądze, oto, czym właśnie to było – mówi Kathy.

W pracy zawodowej wszystko się układało, ale życie osobiste kobiety coraz bardziej się komplikowało. Była tak naprawdę na skraju rozwodu, załamania nerwowego i samobójstwa. Wtedy z pomocą przyszła jej teściowa. Była katoliczką.

Klinika miała pozwolenie na wykonywanie aborcji w pierwszym trymestrze ciąży. Faktycznie lekarze przeprowadzali aborcje w 14-16 tygodniu życia dziecka, czasem później.

Pewnego dnia do asysty przy jednej z późnych aborcji poproszono Kathy. To była kobieta w 23. tygodniu ciąży. To był przełomowy moment. Pielęgniarka wyznała, że widząc tak duże dziecko dopuściła do siebie myśl: „ja zabijam dzieci”.

Kathy samego dnia złożyła wypowiedzenie. Wspomina też słowa dyrektora kliniki. Miał on sen, w którym Kathy zrezygnowała z pracy ze względu na wiarę. Było to dla niej zaskakujące, bo jednak nikomu nie zdradzała, że od pewnego czasu była praktykującą chrześcijanką.

Po odejściu z kliniki zaczął się równie trudny czas dla byłej pielęgniarki. Cały czas towarzyszyło jej ogromne poczucie winy za asystowanie przy uśmiercaniu niewinnych dzieci. Najtrudniejsze, jak mówi, było przebaczenie samej sobie. Zaczęła dzielić się swoim świadectwem publicznie, mówić o tym, w jaki sposób działają kliniki aborcyjne.

Rok później, wraz z grupą przyjaciół założyli Mosaic Pregnancy and Health Centers, centrum, które niesie pomoc kobietom, które zaszły w nieoczekiwaną ciążę i rozważają aborcję.

Jeżeli kobieta pozna prawdę [o aborcji], jeśli zaoferuje jej się darmowe wsparcie i alternatywę, jeśli przyjmie się ją w środowisku przyjaznym i solidarnym, zdecydowana większość wybiera życie – mówi Kathy Sparks Lesnoff.

 

 

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2022