10 sierpnia 2022
5 grudnia 2021

23 lata małżeństwa, 19 lat walki z nowotworem, 36 dawek chemioterapii. Poznaj tę historię nadziei i piękna znalezionego w cierpieniu

(fot. pl.aleteia.org, archiwum rodzinne)

Gabrysię Klimek nazywa się polską Joanną Berettą Molą. Wraz z mężem Robertem mieszkają w Jastrzębiu-Zdroju, a ona od 19 lat choruje na nowotwór tkanki łącznej i nabłonkowej, obejmujący głównie mięśnie. Poznaj tę historię cierpienia i wdzięczności.

W 2009 roku po drugiej dawce chemioterapii usłyszała, że będzie bezpłodna, jednak Bóg obdarzył małżeństwo cudem w postaci małej Klary. 

Kiedy się poznaliśmy, zobaczyłem anioła – mówi o żonie Robert Klimek.

Robert i Gabrysia poznali się w 1993 roku na studniówce. Robert przyszedł z koleżanką, a kolega z jego klasy zaprosił znajomą z klatki obok – Gabrysię. Przetańczyli wtedy całą noc, a kiedy się rozstawali, Robert poprosił o numer telefonu swojej przyszłej żony i, jak mówi, „jakoś to się potoczyło”.

Robert opowiedział Dominice Cichej z portalu Aleteia.org o swoich codziennych zmaganiach, o obecności Pana Boga w życiu rodziny Klimków oraz o tym, czym jest według niego małżeństwo. 

Jaka jest Gabrysia Klimek?

Pacjenci, którzy znają Gabrysię ze szpitala nazywają ją „aniołem na ziemi” i podkreślają, że mimo bólu, „ma w sobie spokój, z którego chce się czerpać”. 

(…) w pierwszych latach choroby zdiagnozowano u niej grasiczaka, przyszło do operacji na otwartym mostku. Dzień wcześniej Gabrysia przechodziła przez szpitalny korytarz, obok dyżurki lekarskiej. Usłyszała, jak anestezjolodzy razem z ordynatorem chirurgii omawiają jej sytuację. Ponieważ ma chore mięśnie, może się nie wybudzić z narkozy. Anestezjolodzy mówili, że nie podejmą się jej usypiania, bo to za duże ryzyko. Toczyła się dyskusja, ordynator w końcu powiedział, że bierze całą odpowiedzialność na siebie.

Proszę sobie wyobrazić, co siedzi w głowie takiej osoby, która słyszy, co lekarze mówią o jej jutrzejszym zabiegu. Jaką trzeba mieć odwagę, żeby pozwolić się jednak uśpić! Mnie, jako mężczyźnie, w takiej sytuacji pewnie by jej brakowało – wspominał Robert Klimek.

Źródło: facebook.com/Robert Klimek

Początek choroby

Mąż Gabrysi wspomina, że kiedy się poznali, kobieta była bardzo aktywna i żywiołowa. W pewnym momencie zaczęła chorować coraz częściej na anginy. Najpierw próbowano nacięcia migdałów, kiedy te niemal ją udusiły, postanowiono je całkowicie usunąć. 

Para pobrała się w 1998 roku, po studiach Gabrysia podjęła pracę w szkole podstawowej i prowadziła wychowanie do życia w rodzinie. 

W maju 2001 roku, kiedy niosła ciężki plecak z książkami, którymi wyposażała swój gabinet pedagoga, wyskoczył jej dysk. Jak już poszła na L4, tak do pracy nigdy nie wróciła. Dwa lata z kawałkiem mieliśmy takiego małżeństwa „normalnego” – wspomina Robert.

Postawienie diagnozy zajęło 3 lata, kiedy to profesor reumatologii w końcu znalazł przyczynę problemów zdrowotnych Gabrysi. 

Powiedział nam, jaką widzi przyczynę choroby, i to się później potwierdziło w badaniach laboratoryjnych. Stwierdził, że w pewnym momencie, kiedy układ odpornościowy Gabrysi się osłabił przez te anginy, do głosu doszedł wirus cytomegalii, który miała w organizmie. Powiedział, że z takim wirusem to właściwie każdy człowiek chodzi na co dzień, tylko że zdrowy organizm spokojnie sobie z tym radzi.

Natomiast przy osłabionym układzie odpornościowym wirus przedostał się do każdej komórki organizmu Gabrysi i zmodyfikował kod DNA. Od tego momentu układ odpornościowy zaczął sam siebie rozpoznawać jako ciało obce i atakować – wyjaśnił mąż kobiety.

Potem rozpoczęły się „maratony” chemioterapii. Para miała nadzieję, że może to zupełnie wyleczyć Gabrysię, jednak okazało się, że jedynie utrzymywało ją przy życiu i łagodziło objawy.

Profesor, który prowadzi Gabrysię przez te wszystkie lata, powiedział nam wprost, że zgodnie z podręcznikami tej samej chemioterapii można dostać maksymalnie 12 dawek w ciągu całego życia. Ale po pierwszym takim cyklu minęło trochę czasu, widać było, że stan mięśni Gabrysi się pogarsza, więc profesor zdecydował się na rozpoczęcie drugiego 12-dawkowego cyklu. To na rok, półtora poprawiło troszeczkę siłę mięśniową, ale potem znowu nastąpiło pogorszenie. Poza wszelkimi zaleceniami zdecydowaliśmy się na trzeci taki cykl – opowiadał Robert.

„Pogodziliśmy się, że do końca naszych dni będziemy we dwójkę”

Gabrysię zdiagnozowano jako kobietę bezpłodną, po menopauzie, w tamtym momencie od kilku miesięcy nie miesiączkowała. Para była już wtedy po trzydziestce i byli świadomi, że ze względu na stan zdrowia Gabrysi, nie mają szansę na adopcję. Pogodzili się więc, że „do końca naszych dni będziemy we dwójkę”.

Pojechaliśmy na kolejną rutynową wizytę na onkologię. Wcześniej morfologia, badania na wszystkie strony. Zawsze parametry Gabrysi były wystrzelone w kosmos. A tu nagle okazało się, że wszystko jest prawie w normie. Pani doktor zadzwoniła do laboratorium z pytaniem, czy przypadkiem nie pomylono nazwiska z wynikami. Szybko zleciła też kolejne badanie. Już wtedy miała na myśli test ciążowy z krwi.

Dostała wyniki, zaprosiła nas i mówi, że 30 lat kariery nie pozwala jej wymyślić scenariusza, na podstawie którego okazało się, że Gabrysia jest w zdrowej ciąży. Przez ten pierwszy trymestr, który jest najważniejszy dla dziecka, Gabrysia była na chemioterapii! Tym bardziej niewytłumaczalne jest, a my to traktujemy w kategoriach cudu, że Klara jest zdrowa, nie przejęła żadnych wirusów od mamy – wspominał mężczyzna.

Źródło: facebook.com/Robert Klimek

Małżeństwo usłyszało wtedy jedno z najtrudniejszych pytań, jakie mogło usłyszeć: „żona czy dziecko?”. Mieli do wyboru albo odstawić chemioterapię, ale ryzykować życie kobiety, albo kontynuować leczenie, jednak narażając zdrowie dzieciątka. 

W kaplicy szpitalnej tylko moment trwała narada z Górą. Gabi stwierdziła, że skoro chemia może ją zabić, to brak chemii też może ją zabić. Odstawiamy ją więc na tyle, na ile będzie trzeba, żeby ratować nowe życie – powiedział Robert.

Ku zdziwieniu lekarzy i samych rodziców, dziewięć miesięcy później Gabrysia urodziła zdrowe dziecko. Klimkowie nazwali córeczkę Klara, po świętej. 

Klara ciągle chce spać z mamusią, na zegarek tak zwany, czyli w nocy dookoła łóżka. Czasami można dostać piętą w nos (śmiech). Wiadomo, to są uroki rodzicielstwa, nie do przecenienia! Źle by było bez nich! Klara, odkąd zaczęła chodzić i mówić, musiała szybciej dorastać emocjonalnie, niż jej wiek na to wskazywał. Właśnie ze względu na sytuację w domu. Jest bardzo zdolną dziewczynką, świetnie wszystko zapamiętuje. Mało tego, chodzi do drugiej klasy szkoły muzycznej – opowiedział dumny tata.

Codzienność w domu Klimków

Gabrysia musi przyjmować codziennie około 30 pigułek, są to leki, które regulują gospodarkę hormonalną, duże dawki sterydów i najsilniejsze leki przeciwbólowe. Większość czasu spędza na leżąco, gdyż nawet krótkie spacery po domu są bardzo dużym wysiłkiem i bólem mięśni. 

Jak Klara, która jest teraz w czwartej klasie, przychodzi odrobić lekcje, Gabrysia leży i tak jej tłumaczy. Taka proza życia naszego jest – mówił mąż kobiety.

Każdy ruch, czy najmniejszy wysiłek to dla Gabrysi wielki ból. Kiedy jej córeczka była mała, nie mogła jej ani podnieść, wykąpać w wanience, iść na spacer z wózkiem. Jak mówi Robert, „choroba okradła ją z macierzyństwa w pełnym wymiarze”.

Dodatkowo, rodzina żyje cały czas w obawie, że Gabrysia może się rano nie obudzić. Non stop musi być w towarzystwie kogoś, kto w razie czego może sprawdzić jej ciśnienie i podać niezbędne leki. Pomocą są jej rodzice, którzy mieszkają blisko oraz sąsiedzi.

W związku z licznymi wizytami u lekarzy i w szpitalach, Robert musiał zrezygnować z etatowej pracy w banku. Własna działalność daje większą elastyczność, generuje jednak dodatkowy stres i brak stabilności finansowej. 

To była dla mnie nauka bycia mężem na miarę okoliczności, jakie Pan Bóg przede mną stawiał w życiu (…).

Dla mnie – jak to Pawlak zwykł mawiać w Samych swoich – „Słowo droższe pieniędzy”. A jeżeli takie słowo się daje jak przysięga małżeńska, przed Panem Bogiem, przed ołtarzem, ludźmi w kościele, a potem się wycofuje, to coś jest nie tak. Trzeba się było znaleźć w tej nowej sytuacji. Ani nawet przez ułamek sekundy przez myśl mi nie przeszło, żebym mógł inaczej postąpić. I będę to podkreślał – podkreślił mężczyzna.

Robert podzielił się też tym, jak wypracowali z żoną, do tego w tak trudnych warunkach, wyjątkową jedność i zrozumienie. Według niego, sekretem jest prowadzenie duchownych. Klimkowie mają bowiem od samego początku małżeństwa wspólnego spowiednika i kierownika duchowego. 

Głęboko wierzę, że kierownik, mając obraz małżeństwa z dwóch stron, a do tego pewien dar, potrafi fantastycznie prowadzić małżonków i uczyć ich takich rzeczy, że samodzielnie by w życiu do tego nie doszli. A nam Pan Bóg wielokrotnie stawiał takich ludzi, dzięki którym dalej jesteśmy w stanie ciągnąć ten krzyż – wyjaśnił.

Po 19 latach choroby pojawiła się nadzieja na całkowite wyleczenie Gabrysi. Para dowiedziała się o nowej metodzie z Nowej Zelandii. Kobieta przyjmowałaby przez ok 2 lata doustnie komórki macierzyste, co mogłoby odwrócić stan chorobowy, a procesy z autoimmunoagresji zaczęłyby się wygaszać.

Pierwszy raz nie będziemy łagodzić objawów i utrzymywać Gabrysi przy życiu, ale starać się dotrzeć do przyczyny choroby i ją wyeliminować – podsumował z nadzieją Robert Klimek.

Źródło: facebook.com/Robert Klimek

 

AM/pl.Aleteia.org

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2021