6 lipca 2022
19 marca 2022

15 lat małżeństwa i dziesięcioro dzieci: „Żyjemy jak każda inna rodzina”

(fot. unsplash.com/tyler-nix, zdjęcie ilustracyjne)

Agnieszka i Przemek Marcinkowscy mieszkają w Papowie Toruńskim. Z rodzicami dziesięciorga dzieci rozmawiała Anna Gębalska-Berekets z Aletei.

Estera (9 l.), Teresa (8 l.), Józef (7 l.), Faustyna (6 l.), Róża (5 l.), Klara (4 l.), Maria (3 l.), Filip (2 l.), Janek (1 r.), a od niedawna także Paulinka – to pociechy państwa Marcinkowskich. 

Dwunastoosobowa rodzina może wydawać się przedsięwzięciem nie do zrealizowania dla „zwykłych ludzi”, a jednak Agnieszka Marcinkowska mówi, że „żyją jak każda inna rodzina, nie czują się lepsi od nikogo”.

Czuję się powołana do bycia mamą, bo Jezus tak chciał. Nie dlatego, że jestem lepsza od innych. Owoce tego powołania dostrzegam każdego dnia. Mimo codziennych burz, zawirowań i trosk czuję pokój serca. Nasze dzieci to prezenty od Pana Boga i to On przez te wszystkie lata uzdalniał mnie do tego, abym pokonywała swoje lęki i obawy. Z każdymi kolejnymi narodzinami pojawiała się wdzięczność za możliwość doświadczania relacji z Nim, ale i między nami – wyznała mama dziesięciorga dzieci.

Za to pan Przemek podkreśla, że kiedy 15 lat temu brał ślub z Agnieszką, nie sądził, że doczekają się tylu dzieci. 

Teraz jesteśmy szczęśliwą rodziną. Dzieciaki chodzą do szkoły i przedszkola, kłócą się prawie o wszystko, przebaczają sobie i okazują miłość. A my? Próbujemy się w tym odnaleźć – stwierdził ze śmiechem.

Para przyznała, że w narzeczeństwie rozmawiali o przyszłych dzieciach, ale nic nie planowali. Byli otwarci zarówno na liczne potomstwo, jak i na to, że mogłoby tych dzieci nie być w ogóle. 

Agnieszka i Przemek Marcinkowscy są członkami wspólnoty neokatechumenalnej przy parafii św. Józefa w Toruniu. Małżeństwo brało też udział w misjach na Łotwie, w Rydze. 

Misja ad gentes polega na tym, że mała wspólnota ludzi (3-4 rodziny z dziećmi, prezbiter, osoby stanu wolnego) wyjeżdża do miejsca, gdzie nie ma instytucjonalnego kościoła. Ewangelizacja na takiej misji to dawanie codziennego świadectwa życia wiarą. Normalnie tam funkcjonowaliśmy, szukaliśmy pracy, dzieci chodziły do szkoły, każda z rodzin mieszkała w swoim wynajętym mieszkaniu. Modliliśmy się razem, spotykaliśmy się ze sobą, tworząc jakby taką małą parafię. Raz na tydzień organizowaliśmy ewangelizację na ulicy, mówiliśmy swoje świadectwo, proklamowaliśmy Słowo Boże – wyjaśnił pan Przemek.

Nasza ewangelizacja wynika wprost z tego, jak żyjemy. Nie trzeba dużo mówić – dodała pani Agnieszka.

W rozmowie z portalem Aleteia podkreślili, że św. Józef jest ich patronem i towarzyszył im np. kiedy pani Agnieszka modliła się o dobrego męża. 

Na pytanie, czego uczą ich dzieci, ojciec dziesiątki odpowiedział, że z pewnością „gorliwości i wytrwałości w modlitwie”.

Dzieci często przychodzą do mnie z różnymi pytaniami i prośbami. Ciągle słyszę: „Tato, tato!”. Ich „ewangeliczne natręctwo” pomaga mi w tym, jak mam zwracać się do Boga i nie zniechęcać się w modlitwie – podzielił się.

A mnie dzieci uczą pokory – uzupełniła żona.

Rodzice wychowujący aż dziesiątkę pociech, zmagają się codziennie z wieloma wyzwaniami logistycznymi i wychowawczymi. 

Staram się „widzieć” nasze dzieci, a nie tylko każdego dnia dbać o logistyczną stronę funkcjonowania naszej rodziny. Czasem biorę kogoś na zakupy – nie tylko po to, aby pomógł mi je nieść, ale by zamienić w drodze parę zdań. Dobra relacja opiera się na obecności. Duża rodzina uczy priorytetów i wybierania tego, co naprawdę ważne – stwierdził pan Przemek.

Pani Agnieszka jako największe wyzwanie wskazała „to, aby każde dziecko potraktować indywidualnie i odpowiedzieć na jego emocjonalne potrzeby”.

Spotykamy się z różnymi reakcjami ludzi. Na ogół reagują na nas pozytywnie, ale zdarzają się przykre komentarze. Myślę sobie, że moja ewangelizacja polega na tym, że kiedy idę z dziećmi do sklepu na zakupy, to ludzie zatrzymują się i próbują rozpocząć rozmowę. Otwierają się, mówią o swoich doświadczeniach, dzieciach. Niekiedy żałują, że nie zdecydowali się na to, aby mieć dzieci. Kiedyś słuchałam kazania pewnego księdza, który mówił, że duża rodzina jest znakiem wiary. Potraktowałam te słowa z przymrużeniem oka. Dopiero po czasie zdałam sobie sprawę, że tak rzeczywiście jest. Widzę, że ludziom trudno przejść wobec nas obojętnie i muszą zareagować – wyznała pani Agnieszka.

A jak tacy rodzice znajdują czas dla siebie? Czasem z pomocą przychodzą opiekunki, dzięki którym małżeństwo może wyjść razem na obiad lub na kawę.

Na spotkania wspólnoty wychodzimy raczej bez dzieci. Możemy pobyć razem z innymi małżeństwami, jest czas na rozmowę, wymianę doświadczeń. W wakacje również staramy się wygospodarować krótki urlop tylko we dwoje. Czasem się udaje, a czasem nie. Ważne jest, aby pamiętać o właściwej hierarchii: Bóg, żona, a w następnej kolejności dzieci – opowiedział ojciec. 

Pani Agnieszka stwierdziła, że powołanie do bycia rodzicem „kształtuje się przez lata i należy je rozeznawać bardzo indywidualnie. Wciąż na nowo rodzi się wraz z pojawieniem się na świecie kolejnego dziecka”.

Kiedyś byłem takim planistą zero-jedynkowym. Myślałem, że muszę mieć pewien plan A, a jeśli on nie wypali, to wówczas włączę plan B, a jeśli tego wszystkiego nie odkryję, to będę nieszczęśliwy do końca życia. Im jestem starszy, tym bardziej widzę, że to tak do końca nie działa. Najważniejsze jest bycie z Bogiem, relacja z Nim, o którą codziennie powinienem zabiegać. Kiedyś podczas rekolekcji ignacjańskich, gdy zastanawiałem się nad swoim powołaniem, dostałem słowa psalmu, które pozostały ze mną do dziś: „Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy”. Po dwudziestu latach od tamtego momentu mogę dać świadectwo, że Bóg jest dobry i Jego łaska wciąż idzie ze mną – podzielił się pan Przemek. 

 

AM/pl.aleteia.org

Udostępnij

Spodobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj działanie naszego portalu swoim datkiem.

Wybierz kwotę
inna kwota
Wesprzyj portal

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie

Liczba komentarzy : 0

© Centrum Życia i Rodziny 2021